Najnowsze Wpisy

duzoczasunietrzeba Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 10:54:00
linkologia.pl spis.pl
29 kwietnia 2006
6. To tylko sen?

Powiem tak - nieważne jak długą natkę dla was napisze...zawsze będzie za krótka...spodziewajcie się, że czasami będą dłuższe...a czasami bardzo krótkie...ta należy do średnich...mam na kompie o wiele krótsze...

Drzwi uchyliły się i staną w nich starszy pan McGardness. Była już dziewiąta – pora śniadania. Zmartwiła go nieobecność wnuczki. Wiedział, że jego małżonka jest wymagająca, a przede wszystkim słowna. Nie chciał by dziewczyna już na sam początek ich pobytu zarobiła karę. Spojrzał na łóżko. Młoda panna McGardness leżała na łóżku pogrążona w głębokim śnie. Jej jasne włosy rozrzucone były w nieładzie po pościeli. Na czole błyszczały kropelki potu. Co jakiś czas mruczała coś niezrozumiałego pod nosem i kręciła się. Zdziwiło go, że dziewczyna nie jest w piżamie, a w normalnym ubraniu. Podszedł do wnuczki.

- Wendy, pora wstawać – powiedział siadając na skraju łóżka, lecz ta nie zareagowała, nadal trwała w sennym letargu – Wendy – spróbował jeszcze raz. Dotknął jej czoła. Było rozpalone. Zdjął wnuczce buty, ułożył ją odpowiednio na posłaniu i przykrył kocem. Spojrzał ostatni raz na nią i wyszedł, kierując się do jadalni.

Kiedy wszedł do pomieszczenia, śniadanie dobiegało już końca. Panowała napięta atmosfera. Nikt się nie odzywał.

- Henry, zajrzyj do Wendy. Ma gorączkę – powiedział na wstępie Alucard i zniknął w kuchni.

Mężczyźnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wstał i pośpiesznie wyszedł nie zważając na protesty żony, która biadoliła, że nie trafi do pokoju i matki, która mówiła coś o łamaniu reguł.

Wstąpił po swoją torbę do pokoju i skierował się do komnaty córki.

Była w lesie. Było ciemno. Miała trudności z poruszaniem się. Coś jej mówiło, że musi iść dalej, nie może się zatrzymywać. Tak też robiła. Nie wiedziała czemu się nie sprzeciwić cichemu rozkazowi. Szła przed siebie, co chwila potykając się o niewidoczne przeszkody. W pewnej chwili usłyszała za sobą odgłos łamanych gałązek. Rozejrzała się. Z przerażeniem stwierdziła, że jest otoczona. Ze wsząd osaczały ją czerwone ślepia. Nie widziała ich właścicieli i chyba nie chciała wiedzieć do kogo lub czego należą. Cofnęła się, lecz usłyszała warczenie. Stała jak sparaliżowana, nie zdolna do żadnego ruchu. W końcu się otrząsnęła. Przebiła się przez mur tworzony przez tajemnicze stworzenia i biegła przed siebie. Słyszała odgłosy pościgu. Była ścigana. Bała się. Lecz strach motywował ją do dalszej ucieczki. Czuła, że już nie wyjdzie z tego cało. Coś jej mówiło, że jeszcze tej nocy zginie. Potknęła się prawdopodobnie o wystający korzeń i upadła. Chciała wstać i biec dalej, jednak nie zdążyła. Poczuła jak ostre pazury rozcinają jej skórę. W głowie słyszała nienawistne szepty. Krzyknęła. Chciała odepchnąć napastników rękoma, jednak była zbyt słaba. Coś krępowało jej ruchy.

- Wendy – słyszała jak przez mgłę – Wendy.

- Wendy, dziecko obudź się – dziewczyna poderwała się z łóżka. Oddech miała szybki i płytki. W głowie jej szumiało. Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu w którym się znajdowała. „A więc to był tylko sen” – pomyślała z ulgą. Dopiero teraz zauważyła, że na łóżku, obok niej siedział zdenerwowany ojciec i mocno trzymał ją za nadgarstki. Po drugiej stronie łóżka siedział dziadek trzymający w dłoni mokrą szmatkę.

- Ale nas nastraszyłaś – powiedział starszy mężczyzna kładąc zimną szmatkę na czole dziewczyny.

- Miałam tylko koszmar – odpowiedziała po chwili. „Tylko czemu taki realistyczny” – myślała.

Ojciec puścił jej nadgarstki. Dziewczyna chciała, się podciągnąć na łokciach do pozycji siedzącej, jednak ją powstrzymano.

- Leż. Musisz odpocząć.

- Ale mi nic nie jest – protestowała.

- Twoje ciało mówi co innego. Masz gorączkę i jesteś osłabiona – tłumaczył jej ojciec.

- Następnym razem wybierając się na spacery pamiętaj, że pogoda w tych stronach jest wyjątkowo zmienna – Alucard mrugnął do dziewczyny.

- A teraz zjedz śniadanie...

- Nie jestem głodna – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Brak apetytu, kolejny czynnik świadczący o twojej chorobie.

- Tylko nie choroba. Póki co przeziębienie – sprostowała ojca.

- Zjedz śniadanie. Potem weź te tabletki – wskazała na pigułki leżące na tacy – Potem do ciebie zajrzę. Muszę załatwić kilka spraw. Na razie, kochanie – powiedział mężczyzna, ucałował ją w policzek i wyszedł zostawiając córkę z dziadkiem.

- Jak się czujesz, Wendy? – zapytał w końcu mężczyzna po chwili milczenia.

- Nawet dobrze. Tylko jest mi odrobinę za gorąco – sapnęła.

- Nie dziwię się. Spać w ubraniu – zaśmiał się – Co się stało wczoraj wieczorem.

- A co miało się stać – zapytała niepewnie.

- Zakładam, że coś się stać musiało, że poszłaś spać, nawet się nie przebierając – spojrzał na nią wyczekująco.

W tej chwili dziewczyna miała wątpliwości czy, aby na pewno chce powiedzieć co wczoraj zaszło. Bała się, że straci do niej zaufanie. Lub co gorsza uzna ją za osobę nienormalną. Postanowiła nie wspominać nic o głosach.

- Wracając z kolacji zabłądziłam – uśmiechnęła się niemrawo – A powiem szczerze, że zamek po zmierzchu nie wygląda zachęcająco. Przestraszyłam się po prostu, może wpadłam niepotrzebnie w panikę i zaczęłam biec. W końcu jak już tu trafiłam, byłam tak zmęczona, że się nie przebierałam.

Mężczyzna spojrzał na nią badawczo. Wydawała mu się prawdopodobna taka wersja zdarzeń. Wiedział, że zamek w którym mieszkają sam w sobie jest niebezpieczny za dnia, nie mówiąc już o nocy. Były w nim, różne pułapki i zapadnie, tajemnicze komnaty i nie tylko.

- No dobrze. Dziś nigdzie nie wychodzisz. Masz cały dzień się wygrzewać w łóżku – dziewczyna westchnęła – Teraz zjedz śniadanie, weź te tabletki, przebierz się. Za jakiś czas wpadnę do ciebie i może coś ci przyniosę – uśmiechną się tajemniczo i opuścił pokuj.

Dziewczyna została sama. Spojrzała na tacę ze śniadaniem. Kilka kromek chleba, masło, plastry sera, wędliny, kilka liści sałaty, pomidor i dżem. Zrobiła sobie kanapkę z serem i mozolnie zaczęła ją przeżuwać. Nie była głodna. Jednak wiedziała, że na pusty żołądek leków lepiej nie przyjmować. Bez większego zainteresowania wpatrywała się w krajobrazy za oknem. W jej głowie krążyło tyle pytań, na które nie znała odpowiedzi. Te głosy, nagłe bóle głowy musiały być czymś spowodowane. Jednak nie mogła dojść co mogło być przyczyną. Bała się, że niedługo zacznie wariować. Jeśli już teraz słyszy jakieś niezrozumiałe szepty, co będzie dalej. Wolała o tym nie myśleć. Dokończyła kanapkę, łyknęła lekarstwa i wstała z zamiarem przebrania się. To jednak okazało się nie takie proste. Ledwo dźwignęła się na nogi, a już leżała na podłodze. Mięśnie protestowały. Zebrała się w sobie i doszła do szafy. Wyciągnęła piżamę i usiadła na łóżku, dając odpocząć obolałym mięśniom. Szybko się przebrała i wskoczyła pod cieplutką z pozoru kołderkę. Z pozoru, ponieważ dziewczyna nadal się trzęsła z zimna. Opatuliła się szczelniej w pościel, zwinęła w kłębek i przymknęła powieki.

W tej chwili poczuła się taka samotna. Od kąd pamięta zawsze była sama. Bez przyjaciół. Kamil skutecznie izolował ją od rówieśników. Teraz postanowiła walczyć o swoja przyjaźń. Nie wiedziała czy sprosta temu zadaniu. Jednak chciała, musiała spróbować. Nie chciała być już dłużej sama.

Podczas gdy Wendy leżała chora w łóżku, Kamil nie próżnował. Co prawda z przymusu, ale jednak poszedł do szkoły. Nie miał ani chwili do stracenia. Chciał jak najszybciej wcielić zemstę w życie. A to tego potrzebował kilku zaufanych kumpli. Wiedział, że na dłuższą metę sam sobie nie poradzi. Dziewczyna jest od niego zwinniejsza i szybsza. Może co prawda zastosować pułapki, jednak to nie to samo. Chciał porządnie przetrzepać skórę siostrze, by wiedziała, kto tu ma władzę. Musiał także wykraść jego kompromitujące zdjęcie. Bez tego ani rusz.

Kamil podszedł do klasy 3c. W oko wpadło mu dwóch rosłych chłopaków rozmawiających zawzięcie o czymś z ładną długonogą dziewczyną o czarnych włosach, ubraną w obcisłą krótką spódniczkę i biały top. Już wtedy wiedział, że będzie miał w nich wsparcie.

Pan McGardness zszedł do biblioteki. Było to ogromne pomieszczenie, zawierające tysiące ksiąg. Zarówno tych starych, jak i najnowszych. Przy jednym ze stolików siedziała Marietta i wertowała opasły tom. Widząc męża podniosła wzrok od pożółkłych stronic.

- Co się dzieje z Wendy? – zapytała opanowanie. Jej barwa głosu nie zdradzała żadnych uczuć. Jednak nie była chłodna jak na co dzień.

- To zwykłe przeziębienie. Do jutra powinno jej przejść – odpowiedziała przejeżdżając palcem po kolejnych tytułach książek – Specyfiki Henrego powinny zbić gorączkę. Jak się prześpi osłabienie minie – powiedziała czule nie zaszczycając kobiety spojrzeniem – Mroczne tajniki twojej duszy...to nie to...Egzorcystyka...nie...Anatomia pajęczaków....też... – mruczał pod nosem.

- Czego szukasz? – kobieta zamknęła księgę i odłożyła ją na miejsce.

- Jakiejś książki dla Wendy, żeby się nie nudziła – odpowiedział nie przerywając poszukiwań.

Marietta podeszła do półki, ostrożnie weszła na metalową drabinkę i przejeżdżając po kolejnych tytułach zaczęła czytać.

- Mistyczne stworzenia, Legendy duchów, Czy magia istnieje, Wróżbiarstwo, Smoki i ich rodzaje, Czy jednorożce istniały, Mumie, Tajemnice grobowców faraonów – wymieniała.

- Widzę, że dobrze pamiętasz gdzie Elizabeth i Philip trzymali swoje książki – uśmiechnął się smutno do wspomnień.

- Nie wspominaj o nich. Którą chcesz? – zapytała wskazując na książki.

- Mistyczne stworzenia powinny ją zaciekawić – stwierdził.

- Henrego to nigdy nie interesowało. Więc nie ma pewności, że i jej się spodoba – rzekła schodząc z drabinki i podając książkę mężowi.

- To że fizycznie bardzo podobna jest do ojca nie musi świadczyć o tym, że i charakter ma podobny – powiedział wychodząc z biblioteki. Już miał wyjść z pomieszczenia, kiedy się odwrócił i zapytał – Nie chciałabyś zajrzeć do Wendy?

- Mam dużo pracy – zmieniła temat.

- Wiem, że nie masz nic do roboty. Choć, na pewno się ucieszy – podszedł do żony chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Nie opierała się.

- Wątpię.

- Okaż jej trochę uczucia. Musi wiedzieć, że zależy jej na tobie. Nie możesz być wciąż taka obojętna. Ona to czuje.

- Ja nie potrafię już okazywać uczuć. Już nie – westchnęła. Przed oczami miała wciąż obraz z przed dwudziestu lat.

Alucard nic nie odpowiedział. Wiedział o czym teraz myśli. Też męczyły go wspomnienia. Chciał zapomnieć. Jednak nie potrafił.

Mężczyzna delikatnie otworzył drzwi i wprowadził do środka żonę, która miała opory przed tym.

Wendy leżała opatulona na łóżku. Oczy miała przymknięte. Na bladym czole perliły jej się drobne kropelki potu.

Pan McGardness położył książkę na stole i podszedł do wnuczki.

- Wendy – szepną chcąc by się obudziła. Ta jednak mruknęła coś przez sen i spała dalej. Chciał zawołać jeszcze raz lecz powstrzymała go kobieta, kładąc dłoń na ramieniu.

- Niech śpi – szepnęła. Wzięła tacę z niedojedzonym śniadaniem i pociągnęła za sobą męża.

Wyrocznia (16:39)
7 których uwierzyło, że magia istnieje

23 kwietnia 2006
5. Spóźnienie i zagubienie

Nie no, ja na serio robie z głównej bohaterki ostatnią sierotę. 

Wszyscy czekali w jadalni na Kamila, jednak tego wciąż nie było. Pan Henry zaczął się poważnie martwić o syna, jednak ukrywał to pod maską obojętności i znudzenia. Wiedział, że zamczysko jest duże, łatwo się w nim zgubić i nie jest bezpieczne. Sam niejednokrotnie w młodości gubił się i znikał na całe dnie.

Milena była kłębkiem nerwów. Cała trzęsła się i jedynie surowy wzrok matki Henrego powstrzymywał ją od wybuchu płaczu. Bała się o swojego synka. Od początku nie podobało jej się to miejsce. Czuła się tu jak intruz. Ciągle czuła na sobie czyjeś spojrzenie, mimo że nikogo nigdy za sobą nie widziała.

Wendy siedziała naprzeciw dziadka i znudzona wpatrywała się we własny talerz. Była zła. Nie dosyć, że była głodna, to jeszcze Kamil nie raczył zaszczycić obecnych swoją obecnością. A wiadomo nie ma wszystkich – czekamy dalej. Czuła niemiłe skurcze w żołądku. W końcu nie jadła nic od śniadania. Do tego jeszcze szaleńcza ucieczka przed bratem. To było stanowczo za dużo, jak na dziewczynę. Jednak blondynka dzielnie się trzymała. Oparła łokieć na stole i podparła głowę. Mętnym wzrokiem rozejrzała się po zebranych. Trzeźwość umysłu przywróciło jej ostre, karcące spojrzenie babki. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już dawno by wąchała kwiatki od spodu. Westchnęła i zdjęła łokieć ze stołu.

- Myślę, że nie będziemy dłużej czekać – odezwała się chłodnym głosem Marietta – Od jutra, gdy ktoś się spóźni będzie odpowiednio karany. Nie będę pozwalała na tego typu wybryki. Przystosujcie się do tego. Smacznego – zakończyła swą wypowiedz. Obrzuciła syna, jego żonę i dziewczynę karcącym spojrzeniem.

Wendy poczuła na sobie czyjś wzrok. Podniosła głowę i spojrzała na babkę. Ciekawe błękitno-fioletowe oczy spotkały się z zimnymi szarymi. Dziewczyna nie wytrzymała spojrzenia i odwróciła głowę w kierunku drzwi. I wtedy do środka wpadł zdyszany chłopak.

- Ma wyczucie. Zawsze pierwszy do koryta – skomentowała blondynka.

- Wendy! – oburzył się ojciec.

- Kamilku – Milena poderwała się z krzesła, podbiegła do syna i uściskała go – Co się stało.

Chłopak lękliwie spojrzał na siostrę i jękną cicho.

- T..to wszyst...tko przez n...nią – wskazał palcem na blondynkę.

Wszystkie pary oczu wpatrywały się na nią. Ta uniosła jedną brew do góry i spojrzała na chłopaka jak na osobę niepoczytalną.

- Znowu się zaczyna – pomyślała.

- Ona zadaje się z duchami – jąkną siadając na krześle, jak najdalej siostry.

- Co?? – krzyknęła i zaczęła się śmiać – Nie, no. Czegoś tak głupiego to jeszcze nigdy nie wymyśliłeś.

- Uważasz, że Kamil jest głupi – warknęła Milena.

- Ja tego nie powiedziałam. Ale nie zaprzeczam.

- Jak śmiesz!

- Normalnie – nałożyła sobie na talerz sałatki i zaczęła powoli jeść, ignorując macochę.

- W jej pokoju są duchy – szepnął chłopak, jakby bojąc się, że zmory go usłyszą i ukażą.

Dziewczyna zakrztusiła się. Zaczęła kaszleć. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Przypomniały jej się szepty które słyszała. Ale czy to możliwe. Nie na pewno nie. Duchy nie istnieją. Z pomocą przyszedł jej ojciec. Poderwał się ze swojego krzesła i poklepał córkę mocno po plecach.

- Dzięki – uśmiechnęła się kwaśno do ojca i spojrzała wyzywająco na brata – Czyżby pierwsze objawy choroby psychicznej? Że widzisz białe myszki to ja wiem nie od dziś. Zapewne za dużo pijesz. Ups. Zapomniała rodzice nie wiedzieli? Ale, żeby duchy widzieć. Gorzej z tobą – powiedziała dobitnie.

Henry i Milena, albo nie zrozumieli aluzji, albo udawali że nic się nie stało.

- Po pierwsze nie piję – starał się wypowiedzieć to w miarę wiarygodnie, jednak chyba nie za bardzo mu to wyszło – Po drugie, byłem u ciebie w pokoju i widziałem jak ramka ze zdjęciem unosi się w powietrzu. Po trzecie, nie mogłaś tego zobaczyć, bo leżałaś nieprzytomna na ziemi – warknął wściekły. Zastanawiał się skąd ten dzieciak siedzący przed nim mógł znać jego sekret.

- A ja jestem ciekawa co mają, rzekome duchy do mnie i twojego zniknięcia – nalała do szklanki wody i wypiła łyk.

- Nie powinno cię to obchodzić – krzyknął wstając z krzesła.

- Pewnie uciekałeś, że aż się kurzyło – zaśmiała się.

- Zamknij się!

- A jednak.

- Ty mała wy....

- Dosyć tego – krzyknęła pani domu – To kolacja, nie jarmark. Siadać i ma być cisza. Nie obchodzą mnie wasze sprawy. Podczas posiłków ma być spokój. Chyba wyrażam się jasno!

Wendy wbiła wzrok w talerz.

Kamil usiadł na swoje miejsce ze skruszoną miną. Do końca kolacji nikt się nie odzywał. Kiedy wszyscy skończyli posiłek, zaczęli rozchodzić się do pokoi. Tym razem dla pewności, że Kamil się nie zgubi, pan Henry zaprowadził go do jego pokoju. Wendy chcąc, nie chcąc szła z nimi. W końcu do jej komnaty szło się w tą samą stronę. Na piętrze zatrzymali się.

- Wendy trafisz do swojego pokoju?

- Tak, tato – zapewniła swojego staruszka.

- No to, dobranoc córeczko – uśmiechnął się ciepło – Kamil idziemy - Chłopak wyminął dziewczynę szepcząc jej do ucha:

- Wiedźma.

Blondynka nie pozostała mu dłużna.

- Kłamca.

Chłopak zrobił zniesmaczoną minę i poczłapał za ojcem.

 

Wendy spokojnie przemierzała ciemne korytarze. Rozejrzała się, nie chciała panikować, jednak nigdzie nie mogła dostrzec „kierunkowskazów” ułatwiających dojście do jej komnaty. Zaczęła żałować, że odmówiła ojcu. Deszcz ciął w szyby. Niebo pokrywały czarne chmury. Wiatr kołysał drzewami we wszystkie strony. Cieszyła się, że nie jest teraz na podwórku. Jednak perspektywa błąkania się nocą po zamczysku, też nie była zachęcająca. Najmniejszy szelest sprawiał, że serce szybciej biło. Nikłe światło pochodni nieśmiało oświetlało korytarz. Dziewczyna w duchu przeklinała babkę. „Oszczędny sposób na utrzymanie zamku” – pomyślała zła. Jej coraz szybsze kroki odbijały się echem. Coraz bardziej się denerwowała. Zdarza jej się to już drugi raz. „Jak można nie zapamiętać drogi do własnego pokoju” – myślała z goryczą – „W moim wykonaniu wszystko jest możliwe”. Zatrzymała się. Usiadła na parapecie. Jedną nogę podciągnęła pod brodę i objęła. Drugą się podpierała. Spojrzała w okno. Wszystko zlewało się w jedność. Była jedynie ciemność. Może gdyby był dzień, zdołałaby choć zorientować się w jakiej części zamczyska jest. Przymknęła powieki i oparła głowę o szybę. Poczuła chłód szkła. Słyszała szum wiatru. Lecz nie tylko. Słyszała ciche głosy, które nabierały na sile. Poczuła zawroty głowy. Zdezorientowana spadła z parapetu. Otworzyła oczy i rozejrzała się przerażona po korytarzu. Nikogo nie było. Jednak ona nadal słyszała tysiące dźwięków. Podniosła się z posadzki, jednak zaraz ponownie na nią opadła. Przez ułamek sekundy jej głowę ogarną niewyobrażalny ból. Jęknęła cicho. Po chwili zawroty i ból minął. Jednak głosy ciągle ją dręczyły. Były wyraźniejsze. Tworzyły słowa. Jednak dziewczyna nie mogła się na nich skupić. Zakryła uszy rękoma. Nic to nie dało. Odbijały się echem w jej głowie. Łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Bała się. Nie wiedziała gdzie jest. Co się z nią dzieje. Czuła, że zaraz zwariuje.

- Kim wy jesteście! – krzyknęła przez łzy. Nastała cisza. Wszystko w jednej chwili ucichło. Zero szeptów, podejrzanych dźwięków. Nawet wiatr zdawał się przycichnąć. Ta cisza wydała się dla Wendy jeszcze bardziej przerażająca

– Odpowiedzcie! – Dźwignęła się na nogi i zaczęła biec przed siebie. Biegła tak długo, aż zabrakło jej tchu i walcząc o oddech osunęła się na posadzkę. Była rozbita. Nie wiedziała co się wokół nie dzieje. Była skłonna teraz uwierzyć nawet w duchy. Jednak nie one teraz zaprzątały jej głowę. Rozpaczliwie rozglądała się po korytarzu, szukając na nim jakichkolwiek znajomych elementów, które pomogłyby jej trafić do jej pokoju. Nie chciała tu dłużej siedzieć. Chciała się znaleźć w swoim bezpiecznym pokoiku. Ciszę przerywał jedynie jej przyśpieszony, płytki oddech. Dźwignęła się na nogi. Jednak te odmówiły posłuszeństwa i z powrotem wylądowała na zimnej, marmurowej posadzce. Zapłakanymi oczami spojrzała w przed siebie. „Czy to możliwe” – zapytała zaskoczona siebie. Na przeciwległej ścianie odbijały się zielonkawe refleksy. „Zielona waza” – pomyślała. Dźwignęła się na nogi, nie zważając na protestujące mięśnie. Była zbyt szczęśliwa. Wiedziała, że trafi do swojego zacisznego pokoiku już na pewno. Tak też po piętnastu minutach się stało. Zdyszana wbiegła do pomieszczenia, trzasnęła drzwiami i rzuciła się na łóżko. Była tak zmęczona, że zamknęła oczy i zasnęła.

Wyrocznia (12:33)
8 których uwierzyło, że magia istnieje

17 kwietnia 2006
4.Zemsta nie zawsze jest słodka

Kamil krążył po pokoju. Był wściekły. Rzucił się na łóżko, które lekko zaskrzypiało pod jego ciężarem. Nie mógł zrozumieć, dlaczego po raz kolejny dał się podejść małolacie. Miała zaledwie piętnaście lat. Słaba i z pozoru bezbronna dziewczyna publicznie go upokorzyła. Przestraszył się jej oczu. Tego wściekłego spojrzenia. Był przekonany, że samo jej spojrzenie nic mu nie zrobi, a jednak nie wytrzymał. Uciekł jak tchórz. Przewrócił się na brzuch i zaczął obmyślać plan zemsty. Miał być okrutny, by smarkata go popamiętała, by okazywała mu respekt, bała się go. Trudne zadanie, biorąc pod uwagę jej upór i pewność siebie, jednak realne. Szatański uśmiech zagościł na jego twarzy. Wyobrażał sobie najróżniejsze tortury i pułapki dla „siostrzyczki”. Poderwał się z łóżka. Podbiegł do szafki i wyciągnął z niej taśmę, nożyczki, farbę. Załadował potrzebne mu rzeczy do kieszeni i wybiegł z pokoju, głośno trzaskając drzwiami. „Zabawę czas zacząć” – pomyślał. Wiedział, że Wendy miała pokuj piętro wyżej. Nie zastanawiał go powód. Po prostu został jej taki przydzielony i tyle. A teraz on musi go znaleźć i zacząć wcielać jego zemstę w życie. Wbiegł po schodach. Ukazał mu się długi korytarz. Przeszedł go dreszcz.

Było tu o wiele zimniej i mroczniej niż na poniższych piętrach. Pochodnie jarzyły się wątłym światłem. Za oknem panowała ulewa. Powoli zaczęło się ściemniać.

Chciał się wycofać i wrócić do przytulnego pokoiku, jednak duma mu na to nie pozwalała. Brnął przed siebie sprawdzając każde drzwi. Wszystkie były zamknięte za klucz. Po dziesięciu minutach już miał się poddać i wrócić do siebie, gdy drzwi ustąpiły. Ostrożnie wszedł do środka, spodziewając się pułapek lub innych niespodzianek. Lecz zamiast tego zauważył Wendy leżącą na kamiennej posadzce. Podszedł do niej i uśmiechnął się szatańsko.

- Ułatwiasz mi zadanie – zaśmiała się sztucznie. Uklęknął koło nieprzytomnej dziewczyny i wyjął z kieszeni nożyczki. Z odrazą chwycił jej włosy i już chciał je skrócić, gdy kątem oka zarejestrował jakiś ruch. Serce zaczęło mu walić jak szalone. Powoli obrócił głowę w lewą stronę. Oczy wyszły mu z orbit. Nożyczki wypadły mu z dłoni i z głuchym brzdękiem uderzyły o kamienna posadzkę. Otwierał i zamykał usta nie mogąc wydobyć choćby najmniejszego dźwięku. Przewrócił się na plecy i starał odczołgać jak najdalej.

Przed nim w powietrzu unosiło się zdjęcie Wendy i państwa McGardness. Z każdą sekundą zbliżało się do niego.

Kamil nie wytrzymał napięcia. Z krzykiem wybiegł z pokoju siostry. Drzwi zamknęły się.

- Dobra robota – dało się słyszeć szept.

- Mówię, oni długo tu nie wytrzymają – odezwał się drugi głos.

Na łóżku zmaterializowały się dwie postaci. Kobieta i mężczyzna. Nie były materialne. Ich ciała stanowiła biała mgiełka. Kobieta była odziana w zwiewną suknię. Długie włosy bezwładnie opadały na plecy. Gdyby była człowiekiem wyglądałaby na 20 lat. Jej spojrzenie było bystre, a zarazem ciekawe. Mężczyzna odziany był w eleganckie spodnie i luźno opadającą koszulę. Był zadziwiająco podobny do kobiety. Na oko było widać, że są rodzeństwem.

- To na pewno ona? – zapytała zjawa-kobieta wskazując palcem na nieprzytomną dziewczynę leżąca na posadzce.

- Tak. Tylko ona nas usłyszała. Nikt poza nią nie wie o naszym istnieniu – odpowiedział jej męski odpowiednik.

- Myślisz, że jest gotowa poznać prawdę o sobie i godna pełnić funkcję strażnika? – kobieta uniosła brew i spojrzała z zaciekawieniem na brata.

- Sądząc po jej reakcji na dzisiejsze objawienie mocy to NIE! – wstał z łóżka i zaczął krążyć naokoło blondynki.

- W takim razie musimy ją uświadomić. Musi poznać siebie i swoje możliwości. Po za tym, mam już dość błąkania się po tym świecie. Chcę wreszcie spocząć – westchnęła.

- Ja też mam już tego dość. Dwadzieścia lat to dla mnie za dużo. Nie uważasz jednak, że będzie to dla niej za duży szok. Musi się stopniowo do tego przyzwyczajać. Pamiętasz jak było z nami – usiadł obok siostry i posłał jej porozumiewawcze spojrzenie.

- Nie mamy czasu. Do zaćmienia zostały jeszcze cztery miesiące. Jeśli nie uwolni nas w czasie zrównania słońca z księżycem zostaniemy uwięzieni na ziemi do następnego zaćmienia. Chyba tego nie chcesz? – krzyknęła.

- Nie, nie chcę. Jednak to będzie dla niej zbyt duże brzemię. Niech nacieszy się ostatnimi tygodniami swobody i beztroski. Daj jej czas. Zobaczysz, nie zawiedzie nas. – uśmiechnął się nieśmiało.

- Dobrze. Jednak pamiętaj, to nieuniknione. To jej nie ominie. Musi się dowiedzieć, kim jest i jakie jest jej przeznaczenie.

Wendy powoli się budziła. Strasznie bolała ją głowa. Powieki ciążyły nieznośnie. Dochodziły do niej jakieś pojedyncze słowa. Jednak za nic nie mogła skojarzyć kogo to głos i o co chodzi. Z czasem słowa zaczęły łączyć się w zdania. Jej mózg zaczął pracować na normalnych obrotach. Ktoś coś komuś tłumaczył. Kiedy dotarł do niej sens ostatniego zdania, powoli podniosła powieki i zapytała:

- Kim ja jestem – wyszeptała. Czuła suchość w gardle. Głosy ucichły. Na łóżku zauważyła jedynie srebrno-białą mgiełkę rozpływającą się w powietrzu.

- Nie nadszedł jeszcze czas – usłyszała męski głos. Potem już była tylko cisza.

Wendy podniosła się z chłodnej posadzki, było jej strasznie zimno. Wszystkie mięśnie ją bolały. Miała na sobie tylko ręcznik. Rozejrzała się po pokoju. Była sama. Nigdzie śladu rozmówcy. Nie czuła strachu, jedynie ciekawość. Uznałaby te głosy za wytwory swojej wyobraźni jednak, zbyt często działy się wokół niej niezwykłe rzeczy. Spojrzała na zegarek. Było kilka minut po piątej. Wypiła zimną już herbatę, przebrała się w piżamę i wskoczyła do łóżka. Mimo grubej, ciepłej pierzyny, pod jaką się znajdowała wciąż trzęsła się jak osika na wietrze. Nie zastanawiała się, skąd na podłodze obok niej leżały nożyczki. Nie interesowało ją to. Bała się. Coś się z nią działo, a ona nie wiedziała co. Ulegała zmianie. Najpierw jej oczy zmieniły kolor, potem pojawiły się w nich refleksy płomieni. Nie to jednak zaprzątało jej myśli. Przyzwyczaiła się do swoich odmiennych oczu. Nawet podobały jej się. Zanim straciła przytomność słyszała w głowie czyjeś głosy. Po przebudzeniu też słyszała czyjś szept. „Nie nadszedł jeszcze czas” – myślała gorączkowo – „O co mogło chodzić?”. To wszystko było co najmniej dziwne.

Westchnęła i szczelniej opatuliła się pierzyną. Postanowiła przespać się. Miała zbyt dużo pytań, a zbyt mało odpowiedzi. Zamknęła ciężkie powieki i wpadła w objęcia Morfeusza.

Kamil z przerażeniem wymalowanym na twarzy biegł przez ciemne korytarze. Traf chciał, że się zgubił. Powoli zaczęło się ściemniać. Deszcz nie ustawał. Ciężkie krople ze stukotem uderzały o witrażowe okna. Teraz najmniejszy szelest przyprawiał chłopaka o szybsze bicie serca. Był przerażony. Chciał jak najszybciej się stąd wydostać. Jednak to wcale nie było takie proste. Korytarze i liczne kondygnacje schodów tworzyły prawdziwe labirynty. Zaczął panikować. Kto wie co po zmroku czai się w tych murach. Przerażała go perspektywa szwendania się nocą po tych strasznych korytarzach. Przyśpieszył kroku i pobiegł przed siebie.

Pan McGardness po burzliwej rozmowie z matką i uzgodnieniu z nią szczegółów dotyczących ich pobytu w zamczysku, szedł do komnaty Wendy. Odgłos jego rytmicznych kroków odbijał się głuchym echem po korytarzu. Nie znosił tego zamczyska. Zawsze było dla niego więzieniem. Jego samotnią. A teraz musiał tu sprowadzić także rodzinę. Nie chciał tego, jednak nie miał wyboru. Popełnił błąd. Teraz tego żałował.

Przekręcił klamkę i pchnął dębowe drzwi. Rozejrzał się po pokoju. Nie zmienił się od jego ostatniego pobytu prawie w ogóle. Te same meble, zasłony. Jedynie plakaty mistycznych zwierząt zdobiły teraz zazwyczaj puste ściany. Na łóżku, szczelnie opatulona w pościeli leżała Wendy. Spała. Podszedł do niej. Usiadł na skraju i pogładził córkę po jasnych włosach. Poruszyła się. Uśmiechnął się pod nosem. Wyglądała tak niewinnie. Była teraz taka bezbronna.

Poczuła na swojej głowie czyjąś dłoń. Wzdrygnęła się, gdy po plecach przeszedł ją zimny dreszcz. W głowie słyszała szum. Powoli otworzyła oczy. Obok niej na łóżku siedział jej ojciec. Uśmiechnęła się i podciągnęła do pozycji siedzącej.

- Co ty tu robisz? – to było pierwsze co się dziewczynie na myśl nasunęło.

- To już własnej córki odwiedzić nie można – zapytał z udawaną złością.

- A czy ja coś mówię. Po prostu rzadko cię widuje – zaśmiała się odrzucając pościel na bok i siadając po turecku twarzą do rozmówcy.

- Pora to zmienić – zawtórował jej – Co ci się stało z kolanami – zapytał spoglądając na pokaleczone nogi córki.

- Tatusiu, przyszedłeś specjalnie, by mnie opatrzyć, czy w bardziej konkretnej sprawie – powiedziała słodkim głosem zakrywając kołdrą kolana.

- Mam ci kilka rzeczy do przekazania, ale kolanami też mogę się zająć – wszedł do łazienki i po chwili wyszedł z małą apteczką.

- Skąd ty ją wytrzasnąłeś – zdziwiła się. Spojrzała uważnie na ojca.

- Nie zapominaj, że tu mieszkałem. Nie zapomniałem jeszcze gdzie co się znajduje – polał rany wodą utlenioną. Dziewczyna skrzywiła się lekko i wierzgnęła nogami – Spokojnie – powiedział delikatnie bandażując kolana.

- Czuje się jak mała dziewczynka – spojrzała w oczy ojca.

- Za młodu miałaś wyjątkowy talent do upadków. Na każdym niemal spacerze musiałaś się przewrócić – zaśmiał się serdecznie wspominając dawne czasy – Skończone.

- Widać ten talent się ponownie ujawnił – westchnęła – Na jaki temat chciałeś ze mną porozmawiać – spojrzała uważnie mu w oczy.

- Babcia przedstawiła mi całą listę zakazów i nakazów obowiązujących podczas naszego pobytu w zamku – skrzywił się nieznacznie. Nie umknęło to uwadze piętnastolatki.

- A więc słucham.

- Twoja babcia jest bardzo wymagającą osobą i ma swoje zasady. Nie toleruje spóźnień, hałasowania, biegania po korytarzach, szwędania się po zamku. Podczas posiłku od stołu nie ma prawa odejść nikt póki wszyscy nie skończą. W zamku trzeba być przed dwudziestą, w zal... – recytował monotonnym głosem.

- Nie lepiej zacząć od rzeczy dozwolonych – przerwała Wendy.

- W zależności które z zakazów złamiesz otrzymasz karę – dokończył.

- Zero luzu – podsumowała.

Pan McGardness uśmiechnął się kwaśno.

- Zapomniałbym – Blondynka zrezygnowana spuściła głowę. Henry uśmiechnął się na ten widok – obowiązuje zakaz wchodzenie do lasu. Dla własnego dobra radziłbym ci także nie chodzić po zamczysku, bardzo łatwo się tu zgubić. Słyszałem od dziadka, że dziś rano zabłądziłaś – dziewczyna zrobiła nie tęga minę, na myśl o jej porannym spacerze.

- Coś jeszcze powinnam wiedzieć? – zapytała wstając z łóżka i podeszła do szafy.

- Pogoda w Darvill – bo tak nazywa się to miasteczko - jest bardzo zmienna...

- Przekonałam się o tym na własnej skórze – Wzięła ubrania i podeszła do okna – Długo tu zostaniemy?

- Pierwotnie mieliśmy tu zostać do wakacji. Jednak jeszcze zobaczymy. Nie chce zbytnio wykorzystywać dziadków. Ubierz się zaraz kolacja – piętnastolatka spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Wbiegła do łazienki. Narzuciła na siebie bluzę i spodnie. Związała włosy w kucyk i weszła do pokoju. Henry wstał, drzwi i poprowadził córkę do jadalni, po drodze opowiadając jak najprościej zapamiętać drogę do jej komnaty.

- Widzisz ten wazon – wskazał pięknie zdobioną zieloną wazę.

- Tak? – spojrzała na ojca.

- W całym zamku są tylko cztery zielone wazy. Pozostałe są innych kolorów. Zapamiętaj tą wazę. Jak nie będziesz pewna posłuży ci za kierunkowskaz. Przyjrzyj się uważnie tej zbroi. Widzisz coś niezwykłego – zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego. Zastanawiała się co ma na myśli używając słowa „niewykły”.

- Nie – odpowiedziała po chwili milczenia.

- Przyjrzyj się dokładniej hełmowi. Z prawej strony wygrawerowany jest pająk. Widzisz. To idziemy dalej. Schodzili właśnie schodami na hol, kiedy zaczepił ich Alucard.

- Widzę, że już jesteś Wendy – uśmiechnął się do wnuczki – Nie widzieliście nigdzie Kamila? Ostatni raz widziałem go jak wychodził dziś z zamku po śniadaniu.

- Pewnie jest w pokoju – powiedziała od niechcenia blondynka.

- Już sprawdzałem. Nie ma go - Zegar wybił siódmą.

- Idźcie do jadalni. Ja zaraz do was dołączę – powiedział i ruszył przed siebie.

Wyrocznia (13:36)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

08 kwietnia 2006
3. Zbłądzenie, podsłuchana rozmowa, gonitwa

Wendy przeciągnęła się na łóżku. Otworzyła zaspane oczy. Z początku nie wiedziała, gdzie się znajduje, jednak po chwili wszystko sobie przypomniała. Znajdowała się w zamku dziadków. Przewróciła się na prawy bok i spojrzała w okno. Między pół przysłoniętymi zasłonami można było zauważyć szybę pokrytą srebrzystymi kropelkami deszczu. Spojrzała na zegarek. Było w pół do ósmej. Mozolnie zwlekła się z łóżka i odsłoniła zasłony. To co zobaczyła sprawiło, że zaparło jej dech w piersiach. Okolice które zobaczyła porównała do dwóch światów. Przez miasteczko ciągnęła się niczym wstęga jednopasmowa szosa z którą łączyły się mniejsze ulice i ścieżki. Z jednaj strony żyjący swoimi prawami las, rosnący od niepamiętnych czasów, a z drugiej cywilizacja. Liczne domy, dworki, małe sklepiki. Dziwiło ją to, że większość budynków urządzona była w prostym stylu, mało gdzie widać było jakąś bardziej fikuśną, współczesną budowlą. Nawet latarnie wyglądały z daleka na gazowe. Usiadła na parapecie i podziwiała okolice zmagające się z deszczową aurą. Siedziałaby tak pewnie jeszcze długo, jednak poczuła głód. Bez większego zainteresowania spojrzała na zegarek. Mniejsza wskazówka zatrzymała się na dziewiątce. Zeskoczyła na kamienną posadzkę i zaczęła się powoli ubierać we wczorajsze ubranie. Jednak kiedy zakładała skarpetki dostrzegła pewien szczegół. Miedzy zamkniętymi drzwiami dębowej szafy wystawał skrawek zielonego materiału. Pchnęła delikatnie drzwi szafy. Stanęła jak wryta. W meblu znajdowały się jej wszystkie ubrania i obuwie. „Ale jak?” – myślała gorączkowo. Była pewna, że wszystkie walizki zostały w samochodzie. Jedyne logiczne wytłumaczenie na jakie sobie pozwoliła, to to, że ktoś musiał to zrobić podczas jej snu. Przy tej wersji została. Jednak nie wiedziała jak bardzo się myliła.

Założyła czarne jeans’owe spodnie i czerwoną bluzę i powoli uchyliła drzwi. Wyszła na korytarz. Był on pusty. Poza nią nie było tu żywej duszy. Szła przed siebie nie wiedząc gdzie idzie. Wendy musiała przyznać, że za dnia zamek wcale nie była straszny. Wyczuwała w nim jedynie nutkę tajemniczości. Coś mówiło jej, że to nie jest zwykłe miejsce. Przez jedenaście minut dziewczyna wytrwale posuwała się do przodu, mijając piękne obrazy, zdające się ją obserwować, lśniące zbroje, kruche wazy i starannie wykonane gobeliny i arrasy. Powoli zaczęła się denerwować, nie mogła sobie przypomnieć żadnego szczegółu, mówiącego że idzie we właściwym kierunku. Jej zamierzonym celem była jadalnia. Kiszki jej marsza grały, a ona wciąż nie mogła trafić. Spojrzała na srebrny zegarek – jedną w nielicznych pamiątek po matce. Wskazywał w pół do dziesiątej. Kiedy piętnastolatka miała już zwątpić jak światełko w tunelu, zobaczyła schody. A wiadomo schody jak schody, na pewno gdzieś prowadzą. Uradowana pobiegła ku nim i zaczęła z nich zbierać. Kiedy była już na dole. Westchnęła z rezygnacją. Przed nią malowały się kolejne trzy rozwidlające się korytarze. Bez większego zastanowienia ruszyła przed siebie ignorując boczne korytarze. Kiedy stanęła między kolejnym rozwidleniem, miała już dość. Lewy korytarz w przeciwieństwie do prawego był ciemny i chłodny. „Ja nigdy stąd nie wyjdę” – myślała rozpaczliwie. Osunęła się na ziemię i schowała głowę w ramionach.

- Przeklęty zamek – szepnęła.

I wtedy usłyszała czyjś szept.

- Nie poddawaj się! Idź naprzód, ale pamiętaj pozory mylą. Zaufaj sercu – Wendy poderwała się z ziemi jak oparzona. Rozejrzała się wokoło, jednak nikogo nie zauważyła.

- Kim jesteś! – krzyknęła. Odpowiedziało jej jedynie echo – Świetnie słyszę głosy. Następny przystanek wariatkowo – Wzniosła oczy ku niebu i wtedy właśnie to zauważyła. Sklepienie pokrywało piękne malowidło. Nad przejściem do lewego korytarza namalowana była kobieta. Czarne długie włosy, niebieskie oczy, szczupła, piękna – niby zwykła kobieta. Jednak coś ją wyróżniało – spod gęstych włosów wyrastały jej rogi, dłonie zakończone były długimi czarnymi paznokciami. W lewej dłoni dzierżyła pięknie zdobiony miecz z zielono-błękitnym kamieniem wtopionym w rękojeść. Nad przejściem do prawego korytarza namalowany był mężczyzna. Był przeciwieństwem kobiety. Jasne włosy sięgające ramion, czerwone oczy, mściwy wyraz twarzy, wysoki, umięśniony. Z pleców wyrastały mu śnieżnobiałe rozłożyste skrzydła. W prawej dłoni trzymał ciężki półtora ręczny miecz z czerwonym szafirem u rękojeści i atakował nim kobietę. Wendy przyglądała się malowidłu z nieukrywanym zachwytem. Spuściła głowę i spojrzała na rozwidlenie. „Prawy czy lewy? Lewy czy prawy?” – powtarzała sobie w myślach – „Pomyślmy. Lewy jest ciemny i zimny. Stoi nad nim diablica. Ale serce jest po lewej stronie. Dobra. Jestem praworęczna, niby anioł, ale jakiś on dziwny, i te jego spojrzenie. Spojrzała ostatni raz na sklepienie i zdecydowała.

Anioł zawsze kojarzył jej się z czymś dobrym, a nawet świętym, jednak ten był inny. Jego postawa i wyraz twarzy świadczył o jego niezbyt dobrych zamiarach względem diablicy. On chciał ją uśmiercić.

- Dobra robota – jednak nikt nie usłyszał tego szeptu.

Piętnastolatka przemierzała lewy korytarz. Z każdym krokiem stawał się on jaśniejszy, a chłód był mniej dotkliwy. W końcu zauważyła schody. Kiedy po nich zeszła znajdowała się w odległym, zaciemnionym kącie holu. Już chciała z niego wyjść, kiedy usłyszała zbliżające się głosy.

- Zawsze uważałam, że to Armena jest niewdzięczną, sztuczną kobietą. Myliłam się i żałuje, nie zdążyłam jej tego powiedzieć. Ale to co ty nazywasz swoją żoną przekracza już wszelkie granice. Nie masz za grosz gustu - Wendy wszędzie poznałaby ten zimny ton. Mógł on należeć jedynie do Marietty McGardness.

- Nie będziesz mnie pouczała. To moje życie – „tato?”- zdziwiła się blondynka.

- Właśnie widzę. Tylko pytanie czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że ta kobieta...- mężczyzna i kobieta przeszli przez hol i powoli zaczęli znikać w następnym korytarzu.

- Dość!

- Pragnę zauważyć, że to mój dom i ja tu rozkazuję – krzyknęła kobieta.

- Ty to nazywasz domem. To więzienie. Nigdy bym tu nie wrócił. Jednak nie miałem wyjście.

- To nie ja jestem niewypłacalna tylko ty. I jesteś niewdzięczny. Przyjęłam cię z powrotem, mimo że złamałeś rodową tradycję.

- Nie martw się gdy tylko będę mógł, wyjadę stąd. Mi też nie uśmiecha się twoje towarzystwo.

- Jak śmiesz! Widzisz co ta kobieta zrobiła z tobą. Do tego próbuje odsunąć od ciebie Wendy.

- Zostaw ją w spokoju, nie masz prawa... – dalszej części dziewczyna nie słyszała. Ostrożnie wyszła z cienia i rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie miała zielonego pojęcia gdzie iść. Wieczorem to miejsce wyglądało zupełnie inaczej. Spojrzała na wielkie witrażowe okna. Zauroczyło ją ich piękno. Jednak coś nie dawało jej spokoju. Przypadkiem podsłuchana rozmowa dała jej do myślenia. Zawsze się zastanawiała co jest przyczyną ciągłych przeprowadzek. Teraz już wiedziała – długi i brak funduszy na życie. Nigdy nie przypuszczała, że dożyje tego dnia. Odkąd pamięta zawsze miała wszystko czego potrzebowała. Co prawda nie była zbyt kapryśna, jak na „jedynaczkę”. Kiedy jej rówieśniczki nosiły najnowsze kreacje, jej wystarczały jeans’y i bluza. Za to chłopcy ją lubili. Była normalna, a przede wszystkim piękna. Jednak teraz to nie było dla Wendy istotne. Uśmiechnęła się pod nosem „Wygląda na to, że nie tylko ja nie przepadam za Mileną”. Nagle poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Obejrzała się gwałtownie. Za nią stał starszy pan McGardness.

- Wendy, gdzieś ty się podziewała. Wszędzie cię szukałem – mężczyzna z zatroskaną miną przyglądał się dziewczynie.

- Przepraszam, dziadku. Zabłądziłam – odpowiedziała ze skruchą.

- Nie masz za co przepraszać, słonko. Każdemu mogło się zdarzyć. To duży zamek. A teraz choć na śniadanie – uśmiechnął się serdecznie do wnuczki i poprowadził ją długimi korytarzami do kuchni.

Nagle Wendy przeszedł dreszcz. Wzdrygnęła się, co nie umknęło uwadze pana McGardness’a.

- Zimno ci? Pewnie zmarzłaś wczoraj. Zrobię ci herbatę, a ty usiądź i zjedz coś – powiedział mężczyzna.

Weszli do kuchni. Było to sporych rozmiarów pomieszczenie. Podłoga wykonana była z czarnego, gładkiego marmuru. Na środku stał długi drewniany stół na którym stał dzban z czerwoną cieczą i talerz wypełniony kanapkami.

– Smacznego – mężczyzna uśmiechnął się do piętnastolatki. Podczas gdy starszy mężczyzna przygotowywał herbatę dla wnuczki, ta zajadała się kanapkami.

- Jak ci się podoba w naszym zamku, Wendy? – zapytał Alucard stawiając kubek z parującą cieczą przed dziewczyną.

- Tu jest cudownie. Chociaż muszę przyznać, że bardzo łatwo tu zabłądzić – zaśmiała się. Dziadek jej zawtórował – Podoba mi się wystrój. Jest tu tyle pięknych obrazów, tajemniczych zbrój, waz. Jednak w oko wpadło mi jedno malowidło ścienne. Było takie prawdziwe – westchnęła na samą myśl o malunku przedstawiającym scenę walki dobra ze złem.

- W tym zamku jest dużo dzieł. Mogłabyś mi je opisać – zachęcił dziadek.

- Całe malowidło znajdowało się na sklepieniu na rozwidleniu korytarzy. Przedstawiało diablicę i anioła walczących między sobą – na te słowa mężczyzna drgnął. Jego wyraz twarzy spoważniał.

- Nie powinnaś tam chodzić – przerwał jej.

- Dlaczego? – zdziwiła się nagłą zmianą mężczyzny.

- Zjadłaś już. O zobacz nie pada już. Nie chciałabyś pozwiedzać miasteczka? Dwa kilometry i jesteś na miejscu. Kamil tuż po śniadaniu wyszedł – Wendy spojrzała na mężczyznę. Nie rozumiała jego zachowania. Coś jej nie pasowało. Jednak tego nie okazywała.

- Dobrze – dziadek szybko odprowadził ją do drzwi – Wrócę wieczorem – jednak on tego już nie słyszał pośpiesznie udał się do gabinetu żony.

 Wendy wolnym krokiem przemierzała żwirową drogę prowadzącą z zamku do miasteczka. Nie śpieszyło jej się. Była dopiero jedenasta. Ściemniało się dopiero około siedemnastej. Na podwórku panował chłód. Piętnastolatka żałowała, że nie wzięła ze sobą kurtki czy chociażby polaru. Wsadziła skostniałe dłonie do kieszeni i dzielnie brnęła dalej. Zimny wiaterek raz po raz rozwiewał jej jasne włosy. Ciężkie deszczowe chmury kłębiły się na niebie. Trawa pokryta była srebrzystymi kropelkami. Dziewczyna szła drogą raz po raz ślizgając się na mokrych kamieniach. Do miasta dotarła po niespełna czterdziestu pięciu minutach. Nie było to miasto w całym tego słowa znaczeniu. Dziewczyna odkąd tu przybyła miała niejasne wrażenie, że jest to miejsce inne niż wygląda. Nie spotkała się jeszcze nigdy z tak dziwną miejscowością. Zamiast normalnych bloków czy mieszkań stały tu mniejsze zamki, dworki czy też drewniane chatki. Tak jak dziewczyna przypuszczała lampy były gazowe. Nawet chodnik wykonany był z białego kamienia, a nie jak w zwykłych miastach z bruku czy płyt chodnikowych. Role miejskich metalowych płotów stanowiły żywopłoty lub mury. Niemal na każdej posiadłości dostrzegła większy lub mniejszy ogród. Powoli dochodziła do centrum. Mijała kolorowe wystawy sklepów. Blondynka była osobą, która raczej nie leci na takie bajery, jednak coś ją zaciekawiło. Na wystawie sklepu zoologicznego w szklanej klatce siedział jastrząb. Co jak co ale, takiego zwierzęcia się nie spodziewała spotkać w sklepie. Tym bardziej, że stworzenia te coraz rzadziej widywane są na wolności. Niewola musiała być dla nich straszna. Wendy spojrzała ze współczuciem na ptaka. I wtedy ich spojrzenia się spotkały. Bystre oczy jastrzębia z zainteresowaniem wpatrywały się w postać przed nią stojącą. Nagle zerwał się z gałązki i zaczął rozpaczliwie machać skrzydłami. Dziewczynie spłynęła po twarzy samotna łza. I wtedy jastrząb się uspokoił. Piętnastolatka długo jeszcze pewnie by tak stała, gdyby znajomy głos nie wyrwał jej z zadumy.

- O, kogo moje oczy widzą. Wiedźma we własnej osobie – nienawidziła właściciela tego głosu.

- Czego znowu – odpowiedziała niechętnie odwracając się od wystawy.

- A czy ja kiedykolwiek czegoś chciałem – zrobił niewinną minkę.

- Nie wcale – zaśmiała się ironicznie.

- Masz moją własność – warknął podchodząc.

- Wątpię – powiedziała równie jadowitym tonem, odwracając się na pięcie.

- Mam ci przypomnieć! – złapał ją za ramię i mocno ścisną.

- Było by miło, ale puść mnie! – krzyknęła.

- Spokojnie siostra. Nie jesteśmy tu sami – faktycznie po uliczkach chodzili ludzie i z zaciekawieniem przyglądali się całej sytuacji.

- Jeśli mi coś zrobisz, będę krzyczeć – zagroziła.

- A kto ci broni. A teraz oddaj mi...

- Twoje ulubione slipki nie wiem czy zauważyłeś, ale zostały w Los Angeles – szepnęła przez zęby. Uścisk na ramieniu był coraz mocniejszy.

- Wiem, że masz kompromitujące mnie materiały. Masz mi je przekazać – warknął.

- Chciałbyś – zaśmiała się.

- Sama tego chciałaś – powiedział wykręcając jej rękę do tyłu.

- Nie, to ty sam tego chciałeś – jęknęła wyrywając się z jego uścisku i kopiąc go w piszczel. Biegła przed siebie. Doskonale wiedziała co teraz będzie się działo. Będzie ją gonił, aż ją złapie. Pocieszające jest jednak to, że Kamil nie miał w tym mieście jeszcze żadnych kumpli, więc małe były jego szanse na złapanie siostry. Gips na ręce też nie ułatwiał mu zadania.

Mijała pośpiesznie ludzi, lecz nadal słyszała za sobą ciężki oddech i szybkie kroki. Jak zwykle Kamil nie dawał za wygraną. Blondynka przyśpieszyła. Przeskoczyła przez kałużę i biegła dalej. Odwróciła głowę, by zobaczyć jak daleko jest brat, lecz zaczepiła się i wywaliła.

- Czemu zawsze kolana – jęknęła.

- Nic ci nie jest – dopiero teraz zauważyła, że wyłożyła się tuż przed jakimś chłopakiem. Był wysoki. Ciemne brązowe włosy rozwiewał wiatr, dodając chłopakowi uroku. Spoglądał na nią swymi piwnymi oczami.

- Co...eee...nie...sorry...muszę lecieć – wysapała. Zerwała się z ziemi i pognała przed siebie.

- Zaraz cię dorwę cholero – usłyszał za sobą. W jego stronę biegł tęgi chłopak. Brązowe oczy niemal ciskały pioruny. Odwrócił się w stronę w którą pobiegła nieznajoma, jednak jej już nie było. Chłopak jeszcze przez chwilę stał osłupiały. Zaciekawiła go ta niezdarna osóbka. Szczególnie oczy wydawały jej się niezwykłe. Jeszcze nigdy takich nie widział. Tęczówki dziewczyny miały fioletowo-błękitną barwę. Pół na pół. Niezwykłe połączenie. „Niezłe szkła kontaktowe” – pomyślał.

Tymczasem Wendy dzielnie mimo bólu kolan mknęła przed siebie. Powoli zaczęło brakować jej tchu. Zatrzymała się na chwilę i wzięła kilka głębokich oddechów. Odwróciła się. Jakieś sto metrów dalej biegł Kamil. Był spocony i ciężko oddychał. Piętnastolatka uśmiechnęła się z satysfakcją. Nie tracąc czasu pobiegła dalej. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że kompletnie nie wie gdzie się znajduje. Mimo to biegła dalej. Jak najdalej od Kamila. Spojrzała na zegarek. W pół do drugiej. „Nie jest źle” – pomyślała. Postanowiła bocznymi uliczkami wrócić do centrum. Potem sobie poradzi. Brata już dawno zgubiła. Czaił się gdzieś niedaleko, słyszała jego przekleństwa pod jej adresem. Jednak nie on był teraz najważniejszy. Robiło się coraz zimniej. Blondynka trzęsła się z zimna. Żałowała że nie zaopatrzyła się w cieplejsze ubranie. Z czasem głosy i kroki Kamila ucichły. Nie przejęła się tym zbytnio.

Po zaledwie dwudziestu minutach była już przed sklepem zoologicznym. Sama się zdziwiła, że tak szybko tu wróciła. Spodziewała się co najmniej godzinnej wędrówki, a tu taka niespodzianka. Jastrząb gdy zobaczył dziewczynę zaskrzeczał i zatrzepotał skrzydłami. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. Rzuciła ostatnie spojrzenie ptakowi i ruszyła w drogę powrotną. Doszła zaledwie do zakrętu, gdy poczuła, że coś ciężkiego powala ją na ziemię. Przerażona spojrzała na „ciężar”.

- Złaź ze mnie ty kupo baleronu! – wysapała – Nie mogę oddychać – Kamil na te słowa uśmiechnął się wyzywająco.

- Bo co mi zrobisz! – zaśmiał się obleśnie. W Wendy krew się gotowała. Była bezradna. Postanowiła grać dalej. Spojrzała na niego nienawistnym wzrokiem.

- Nie chciałbyś wiedzieć! – szepnęła. Nagle Kamil spojrzał na nią z przerażeniem. Dziewczyna zorientowała się o co chodzi – oczy. Zdążyła już się przyzwyczaić do swojej inności – Dalej chcesz wiedzieć, co mogę ci zrobić - Kamil krzyknął coś i zerwał się z ziemi. Pognał w stronę zamczyska McGardness’ów jak spłoszona sarna. Blondynka dźwignęła się na nogi. Dopiero teraz poczuła, że nogi ma jak z waty. Wszystkie mięśnie jej bolały. Wzięła kilka głębokich oddechów, uspokoiła się i powlokła się w drogę powrotną.

Właśnie wracał ze sklepu. W prawej dłoni trzymał płócienną torbę, pełną różnych smakołyków. Spojrzał na niebo. Zapowiadało się na deszcz. Ciężkie chmury wisiały nad miasteczkiem. Po chwili jakby na potwierdzenie jego myśli spadły pierwsze krople deszczu. Zmarszczył brwi. Do domu miał jeszcze spory kawałek, a nie miał przy sobie parasola, ani nic przeciwdeszczowego. Rozejrzał się po ulicy. Ludzie powoli znikali w domach. Zaczęło kropić. Nasunął kaptur na głowę i odgarnął włosy w czoła. I wtedy właśnie zobaczył tą dziewczynę po raz drugi. Przez chwilę stała i wpatrywała się w jastrzębia na wystawie sklepu państwa Allen’ów. Odwróciła się i poszła przed siebie. Była tak zamyślona, że nie spostrzegła zakradającego się za nią chłopaka. Chwilę później leżała przygnieciona do ziemi. Widział jak coś do siebie krzyczą. Nie mógł jednak nic usłyszeć, był za daleko. Przyśpieszył. Przebiegł przez ulicę i już chciał krzyknąć gdy chłopak przytrzymujący dziewczynę odskoczył od niej i uciekł. Zobaczył tylko jak blondynka wstaje z chodnika i wolnym krokiem odchodzi. Po chwili zniknęła mu z pola widzenia. Spojrzał ostatni raz w jej kierunku i ruszył do domu.

- Świetnie! – mruczała pod nosem wściekła Wendy. Była przemoczona, obolała, było jej zimno, dłonie jej skostniały. Nawet pocieranie nic nie pomagało. Spojrzała na zegarek. Dłuższa wskazówka zatrzymała się na ósemce. Mała pomiędzy dwójką a trójka. Miała co prawda wrócić wieczorem, jednak warunki na to nie pozwalały. Mimo zmęczenia zaczęła biec. Deszcz się wzmagał. Z każdą chwilą był intensywniejszy. Wiatr nie ułatwiał jej zadania. Wbiegła przez bramę ma posiadłość McGardness’ów. Przebyła kamienną ścieżkę i znalazła się przed wrotami zamczyska. Gdy już miała otworzyć wrota, stanął w nich dziadek. Miał zatroskaną minę.

- Chyba powinnaś wiedzieć, że w naszych stronach pogoda jest bardzo zmienna. Szczególnie zimą – Wendy już chciała coś odpowiedzieć, lecz dziadek nie dał jej dojść do słowa – Jesteś przemoczona. Przemarzłaś. Idź się przebrać. Żebyś się tylko nie rozchorowała. Trafisz do swojego pokoju?

- Nie. Nie pamiętam gdzie on był – spuściła wzrok.

- Chodź za mną – szli tak mijając kręte korytarze przez kilka minut. W drodze pan McGardness nakłaniał wnuczkę by nie wychodziła z łóżka do kolacji. Jak mawiał „Lepiej zapobiegać chorobie, niż ją leczyć”. W końcu blondynka uległa. - Przyniosę ci gorącej herbaty. Na kolacje przyjdę po ciebie i pójdziemy razem – powiedział i zamknął za sobą drzwi.

Wendy migiem weszła do łazienki, zrzuciła z siebie mokre ubrania i odkręciła kurek z ciepłą wodą. Z trudem odkręciła szklaną zakrętkę od aromatycznych olejków. Ręce miała zdrętwiałe i sine. Przetarła dłonie, jednak nic nie dało. Powoli zeszła do gorącej wody. Z początku było to trudne. Oziębione ciało nie mogło się przyzwyczaić do temperatury wody. Pokaleczone kolana nieprzyjemnie piekły. Po chwili jednak, rozkoszne ciepło ogarnęło dziewczynę. Mogła by tak siedzieć w nieskończoność. Nie wiedziała ile czasu spędziła w wannie. Było jej zbyt dobrze by o tym myśleć. Jej słodką niewiedzę przerwał dziadek.

- Wendy, żyjesz – zastukał w drzwi łazienki.

- Tak dziadku. Już wychodzę – odpowiedziała.

- Herbata stoi na stole. Przyjdę po ciebie o dziewiętnastej – powiedział i wyszedł. Piętnastolatka wyszła z wody i odetkała korek. Owinęła się frotowym ręcznikiem i wyszła z łazienki. Przeszła kilka kroków kiedy poczuła silne zawroty głowy. Świat zawirował. Osunęła się na zimną posadzkę. Chciała wstać, jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Pochyliła głowę do dołu. Słyszała szepty. Nie mogła ich zrozumieć. Były zbyt ciche i piskliwe. Głowę przeszył niewyobrażalny ból. Krzyknęła i osunęła się nieprzytomna na ziemię.

wysnuffac : :

tydzienlezysz Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 10:53:00
linkologia.pl spis.pl
SZCZERZE? NIE PODOBA MI SIĘ TA NOTKA. BYŁA PISANA "NA SZYBKIEGO". POZA TYM TROCHE KRÓTKA JEST. ALE CZY ZAWSZE MUSZĄ BYĆ DŁUGIE? TROCHĘ WAS ZANIEDBAŁAM. WYBACZCIE. JEDNAK NAUKI JEST DUŻO, CZASU ZAWSZE MAŁO.
TAK WIĘC MIŁEGO CZYTANIA I KOMENTOWANIA. CHĘTNIE DOWIEM SIĘ CO O NIEJ SĄDZICIE.
NOWA NOTKA TAKŻE NA MOIM DRUGIM BLOGU :)


25 lutego 2006
Początek

No to startuję...3...2...1...Witam na moim kolejnym blogu, nie powiem już którym z kolei bo nie pamiętam. Mam nadzieję, że nie okaże sie on kolejną pomyłką i dzielnie będę go prowadzić. Fanów Harrego Pottera muszę zawieść. Nie będzie to blog poświęcony przygodom młodego czajodzieja. Moge was najwyżej odesłać na mój pierwszy blog. Opisujący szósty rok Harrego. Ostrzegam jednak, że nie każdemu może się podobać mój styl pisania. Jeśli nadal chcesz to przeczytać to kilknij tutaj

Co do tego bloga. Publikować będę na  nim swoje nowe opowiadnie. Nie zaprzeczam, będzie ono pełne magii. Jednak nie znajdziecie tu zaklęć i wymachiwania różdżkami. Opisywać będę tu losy, piętnastolatki, której życie zaczyna się komplikować w dni jej piętnastych urodzin. Chcesz wiedzieć więcej.Niedługo pierwsza natka. Powodzenia.

Wyrocznia (23:13)

25 marca 2006
2. Pobudka, poszukiwania, wyjazd, tejemnicze szepty

Tydzień minął jak z bicza strzelił. Nim się Wendy obejrzała nadszedł dzień przeprowadzki. Nie była ona zadowolona z tego przedsięwzięcia, jednak nie miała na to żadnego wpływu. Decyzja zapadła i nie było odwrotu. Tak było za każdym razem i to właśnie denerwowało piętnastolatkę. Nikt nie liczył się z jej zdaniem. Wiedziała doskonale co niesie ze sobą kolejna zmiana miejsca zamieszkania. Nową szkołę i ciąg dalszy prześladowań ze strony Kamila. Z jednego mogła być jednak zadowolona. Zaliczyła wszystkie przedmioty i uzyskała świadectwo ukończenia szkoły. Od dziś aż do września będzie miała wakacje. Długie wakacje. Cieszyło ją to tym bardziej iż doskonale wiedziała, że Kamil jej piekielnie zazdrości. On nie miał tyle szczęścia. Jego nauka potrwa standartowo do końca roku szkolnego, tyle że w innej szkole.

Od samego rana w domu panowała nieznośna atmosfera. Milena i Kamil byli zdenerwowani, zabiegani, ciągle czegoś szukali. Jednak Wendy miała to gdzieś. Spakowała się wczoraj i zamierzała spać co najmniej do powrotu ojca z pracy. Co prawda nie mogła znaleźć kilku rzeczy, jednak wiedziała kto za tym stoi – Kamil. Ona też nie pozostała mu dłużna i zawiesiła jego ulubione szorty na antenie na dachu. Nagimnastykowała się przy tym nie mało, jednak widok miny brata ją mobilizował. „A to będzie miał chłopak niespodziankę” – myślała. Nie dane było jej długo spać. Około dziesiątej wpadł do jej pokoju rozwścieczony Kamil.

- Gdzie są moje szorty, dzieciaku – krzyknął tuż nad jej uchem. Dziewczynę mało szlag nie trafił, gdy usłyszała jego głos. Była na niego wściekła. „Spokojnie Wendy. Nie daj mu tej satysfakcji” – powtarzała sobie nadal udając, że śpi. Kamila to tylko rozjuszyło. Chwycił ją za ramiona i zaczął potrząsać.

- Szkarado! Gdzie moje szorty? Wiem, że je gdzieś schowałaś! – wydarł się jeszcze głośniej. Blondynka nie wytrzymała. Wyrwała się z jego uścisku i spojrzała na niego z nienawiścią.

- Imbecylu, a skąd ja mam wiedzieć gdzie ty swoje gacie wsadziłeś! – odkrzyknęła. Kamil spojrzał na nią z przerażeniem, po czym cofnął się do tyłu.

- Twoje o...oczy o...one płoną – wyszeptał i wybiegł z krzykiem z pokoju dziewczyny.

- Taa i co jeszcze – warknęła i obróciła się na drugi bok, szczelnie opatulając kołdrą. Coś ją tknęło. Przypomniało jej się, że raz już miała wrażenie, że coś się dzieje z jej oczami. Chwyciła małe lusterko leżące na szafce i spojrzała w nie. „A jednak to nie było złudzenie” – pomyślała z zainteresowaniem przyglądając się błękitno-fioletowym tęczówkom w których igrały płomienie. Westchnęła, odłożyła szkiełko i ponownie opatuliła się kołdrą. Jednak nie było jej dane zaznać chwili spokoju. Do jej pokoju wpadła Milena. Jej mina nie wróżyła nic dobrego.

- Coś ty zrobiła Kamilowi?! – warknęła. Brew jej zaczęła lekko drżeć.

- Się puka – ziewnęła Wendy, maskując swoją złość wtargnięciem macochy do jej pokoju.

- Powtarzam! Co zrobiłaś Kamilowi?

- A co ja miałam mu zrobić! Zapewne przestraszył się porządku jaki panuje w moim pokoju. Doznał szoku. Przejdzie mu – odpowiedziała z ironią wstając z łóżka.

- Kamil jest przerażony. Coś tu się stało i ja się dowiem co. Gadaj, bo jak nie... – podniosła rękę.

- To co? Uderzysz mnie? – zaśmiała się Wendy. Wzięła ubrania leżące na krześle i poszła do łazienki, olewając wrzaski i groźby Mileny.

Po dziesięciu minutach wyszła kierując się do pokoju Kamila. Z rozmachem otworzyła drzwi i wparowała do środka. Panował tu nieziemski bałagan. Wszystkie ubrania byłe porozrzucane po całym pokoju. Kamil natomiast siedział na łóżku i pospiesznie wrzucał do niej co miał pod ręką. Widząc siostrę staną w bezruchu i zrobił przerażoną minę.

- Co to za mina, brat? Czyżbyś się mnie bał? – zapytała z kpiną w głosie. Zaczynało jej się to coraz bardziej podobać. Teraz to ona ma nad nim przewagę i niechybnie postanowi to wykorzystać. W końcu ta chwila nie będzie trwać wiecznie.

- Czego chcesz? – zapytał siląc się na obojętny ton.

- Czyżbyś się bał młodszej siostry. No wstydziłbyś się Kamilku. Nie ma osiłków w pobliżu i już się cykasz. Nie poznaję cię – zaśmiała się mściwie. Wiedziała co teraz przeżywał chłopak. Był kłębkiem nerwów. Ciągle spoglądał na jej oczy. Jednak tak jak przypuszczała, Kamil nie widząc żadnych zmian zaczął odzyskiwać pewność siebie. „Teraz albo nigdy”- pomyślała – No dobra gdzie są – wyjęła z kieszenie kartkę i zaczęła czytać – moje okulary, zdjęcie, dwie książki i stanik – warknęła.

- Gdzie są moje szorty? – zapytał już z dawną ironią chłopak.

- Powiesz mi dobrowolnie czy mam ci coś przypomnieć? – zapytała nie spuszczając z brata oczu. Chłopak przełknął ślinę.

- W piwnicy, na balkonie, na żyrandolu w przedpokoju, na strychu i garażu – odparł obojętnie.

- Dziękuję. Nie myślałam, że pójdzie mi z tobą aż tak łatwo – rzuciła na Kamila spojrzenie pełne politowania i wyszła trzaskając drzwiami.

Chłopak nie mógł sobie darować, że tak łatwo odpuścił. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przecież spojrzenie Wendy nie może mu nic zrobić. Przeklął szpetnie. Chwycił najbliższą rzecz jaką miał pod ręką i rzucił nią o ścianę. Jego nowa komórka, którą szpanował w szkole, rozsypała się na kilka części. Wkurzony do granic możliwości zaczął obmyślać nowy plan zemsty.

Pierwszym miejscem, które odwiedziła blondynka po opuszczeniu pokoju Kamila, był balkon. Delikatnie przekręciła klamkę. Gdy tylko otworzyła drzwi usłyszała dźwięk tłuczonego szkła. Wyszła na zewnątrz i rozejrzała się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Na posadzce za drzwiami stał pustak. Dziewczyna przymknęła drzwi i przyjrzała się znalezisku. Zacisnęła mocno pięści. Koło cegły leżały resztki jej okularów. Zachowały się jedynie zdeformowane czarne oprawki.

Kamil wściekły na siebie za swoja uległość wychodząc trzasnął drzwiami. Już zamierzał zejść do kuchni, gdy zobaczył jego znienawidzoną siostrę wchodzącą na balkon. „Hmmm...Pora zacząć grę wstępną. Niech się przyzwyczaja” – mruknął do siebie i ruszył w kierunku balkonu.

Wendy wymyślając najrozmaitsze wyzwiska pod adresem brata przekręciła klamkę. Ta jednak nie ustąpiła.

- No świetnie jeszcze tylko tego mi brakowało – warknęła szarpiąc klamkę. Zauważyła za firanką jakiś ruch. Od razu domyśliła się co jest grane. „Kamilek powoli wraca do normalności” – pomyślała wychyliła się za poręcz.

- Pierwsze piętro. Jakieś 5-6 metrów. Jak się nie połamie to będzie cud – mruknęła do siebie i skoczyła. Wylądowała na nogach, lekko podpierając się prawą dłonią. Trzymając w dłoni szczątki okularów podążyła w stronę garażu. Trzeba było przyznać, że dzień nie należał do najcieplejszych. Na zewnątrz było zaledwie pięć stopni. Ale w końcu był dopiero luty, więc to norma.

Piętnastolatka ostrożnie otworzyła drzwi garażu, spodziewając się kolejnej pułapki. Tu jednak nic takiego nie było. Jedna z jej książek najspokojniej w świecie leżała na półce z różnego rodzaju narzędziami. Bez problemu ją zdjęła i weszła do domu. Gdyby jednak Wendy bardziej się przyjrzała zauważyłaby niemal niezauważalną żyłkę rozciągniętą kilka centymetrów nad ziemią, która była połączona z puszką zielonej farby zawieszonej tuż pod sufitem.

Kamil przeklął i podążył za siostrą zwinnie omijając własną pułapkę. Można powiedzieć, że Kamil się nie uczy. Jednak z całą pewnością nie brak mu było sprytu. Pułapki i zasadzki stały się jego pasją od kąd zamieszkali razem pod jednym dachem. Nie przepuści żadnej okazji by „umilić życie” przybranej siostrze.

Następnym miejscem do którego się wybrała w poszukiwaniu pozostałych rzeczy był strych. Wchodząc po schodach spojrzała na zegarek. „ W pół do jedenastej. Spoko. Mam czas” – pomyślała. Na poddaszu chwyciła za sznurek, a drabinka prowadząca na strych sama się wysunęła. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie kubeł wody zjeżdżający razem z drabinką. Dziewczyna zrobiła krok w bok. Chwilę później wiadro z łomotem spadło na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała. Uśmiechnęła się pod nosem. Doskonale wiedziała, jak Kamil reaguje na nieudane zasadzki. W istocie tak było i tym razem. Poczerwieniał na całej twarzy i zacisnął pięści mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Przebyła zaledwie trzy schodki, kiedy zauważyła swoją kolejna zgubę. Ramka ze zdjęciem jej rodziców leżała na krawędzi. Bez większej trudności chwyciła ją i schowała w kieszeni bluzy. Zeszła ze schodków i zamknęła wejście. Zeszła ostrożnie spodziewając się kolejnych niespodzianek i pobiegła do pokoju. Zapakowała do walizki znalezioną książkę i ramkę. Okulary położyła na biurku i wyszła.

 „Piwnica czy przedpokój. Może najpierw piwnica” – pomyślała kierując się na parter. Otworzyła drzwi do piwnicy, zapaliła światło i ostrożnie zaczęła schodzić ze schodów. Przełknęła ślinę. Nigdy nie lubiła tu wchodzić. Nie żeby bała się ciemności. Schody były bowiem wąskie i strome. Kiedy była już w połowie schodów zgasło światło. Wendy się potknęła i sturlała na sam dół. - Moje kolana...czemu zawsze moje kolana – jęknęła wstając. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Światło jakie wpadało przez małe okienko oświetlało jej kolejną zgubę – książkę. Dziewczyna podeszła do niej i już chciała ją podnieść, gdy coś trzasnęło ja po palcach. Podniosła rękę i przyjrzała się przedmiotowi uczepionemu na jej dłoni.

- Imbecyl – powiedziała zdejmując pułapkę na myszy z dłoni. Chwyciła książkę i zaczęła wspinać się po schodach. Otworzyła drzwi i udała się w stronę przedpokoju. Kiedy już była w pomieszczeniu rozejrzała się. Z żyrandola zwisał jej czarny stanik. Położyła książkę na stole. Stanęła na taborecie, wyciągnęła ręce przed siebie, jednak nadal się nie dostawała do kawałka materiału. Z tego wszystkiego nie zobaczyła skradającego się za nią Kamila i w momencie kiedy podskoczyła, chłopak kopnął taboret. Dziewczyna z hukiem spadła na ziemię. Traf chciał, że całe zdarzenie widział pan McGardness, który właśnie wrócił z pracy.

- Wendy nic ci nie jest? – zapytał podbiegając do blondynki.

- Chyba, nie – jęknęła wstając z ziemi.

- Kamil masz zakaz oglądania telewizora przez dwa miesiące - powiedział chłodno Henry i spojrzał zatroskaną miną na córkę – Na pewno nic ci nie jest.

- Na pewno – mruknęła – Idę skończyć się pakować – powiedziała i poszła do swojego pokoju. Z dołu dobiegły ją jęki Kamila.

- Ale ja naprawdę nie chciałem. Tato sam widziałeś. Zachwiała się, chciałem ją łapać.

„ On mnie kiedyś zabije” – pomyślała blondynka podtaczając spodnie – „Znowu rozwalone kolana, super”. Wyjęła z bocznej kieszeni plecaka bandaż i wodę utlenioną i zaczęła opatrywać kolana. Po skończonej czynności zeszła do salonu gdzie nadal trwała zacięta rozmowa, a raczej kazanie jakie pan McGardness udzielał Kamilowi. Milena niestety nie broniła tym razem syna, ponieważ przetrząsała cały dom w poszukiwaniu swojej ulubionej bordowej spódnicy.

- Tato, powiedz mi, tak właściwie to dlaczego my się znowu przeprowadzamy?

- Eee...no więc...Milenie nie odpowiadali sąsiedzi. Podobno strasznie plotkowali na nasz temat.

- Tylko dlatego? – zdziwiła się dziewczyna. Miała dziwne uczucie, że ojciec coś kręci. Nie mówi całej prawdy, ale dlaczego?

- A mogę wiedzieć, gdzie będziemy mieszkać – zapytała siadając na fotelu naprzeciw ojca.

- Jedziemy do Darkvill, do dziadków – odpowiedział pan McGardness.

- Eee...do tych dziadków, u których nie byłam jeszcze nigdy?

- Tak, tych – odpowiedział sucho mężczyzna.

- To kiedy jedziemy?

- Zaraz po obiedzie...

- Obiadu nie będzie. Zrobiłam kanapki na drogę – odpowiedziała kobieta podając dla każdego papierową torebkę. Wendy bała się sprawdzać, jaką zawartość kryje jej torebka. Znając życie będzie to coś niejadalnego.

- A więc idę wyprowadzić samochód. Znoście bagaże do przedpokoju – powiedział i zniknął w drzwiach prowadzących do garażu. Piętnastolatka już, była na schodach kiedy usłyszała huk i krzyki ojca. Z powrotem zbiegła do salonu. W drzwiach stał pan McGardness cały umazany zieloną farbą.

- Kogo to robota? – zapytał ścierając farbę z twarzy. Milena i Kamil z minami niewiniątek wskazywali na Wendy.

- Wiem, że ci się tu spodobało, znalazłaś przyjaciół – tu dziewczyna prychnęła – zdążyłaś polubić to miejsce, ale czy nie uważasz, że to jest już przesada.

- Muszę cię zawieść to nie moja robota – spojrzała wzrokiem pełnym pogardy na brata. Pan McGardness przechwycił to spojrzenie.

- Kamil twój szlaban właśnie przedłużył się do trzech miesięcy. Niestety. Ja idę doprowadzić się do porządku, a wy idziecie pakować swoje rzeczy do samochodu. I jeszcze jedno. Jeśli w garażu są jeszcze jakieś niespodzianki to dla własnego dobra, radzę ci je rozbroić – spojrzał wymownie na Kamila i zniknął w łazience.

Wendy wepchnęła swoją walizkę i plecak do bagażnika i usiadła na fotelu w salonie. Oparła się o oparcie i wpatrywała w krajobraz za oknem.

- I co zadowolona z siebie? – usłyszała wściekły głos chłopaka. Przymknęła powieki i skupiła się na kroplach deszczu uderzających o szybę.

- Nawet nie wiesz jak bardzo – szepnęła i przysnęła. Obudził ją dopiero delikatne szturchanie i ciepły głos ojca. Chciała by ta chwila trwała wiecznie. Ten głos. Zupełnie, jak kiedyś. Otworzyła zaspane oczy i nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na ojca.

- Już? – zapytała wstając.

- Tak. Wszystko już chyba zabraliśmy – rozejrzał się po mieszkaniu – Wsiadaj do samochodu i jedziemy. Przed nami długa droga. Powinniśmy tam być jeszcze dziś wieczorem – Piętnastolatka posłusznie wykonała polecenie ojca. Otworzyła drzwi jeep’a i już zamierzała wsiąść, a tu niespodzianka. Kamil leżał rozwalony na tylnim siedzeniu i ani myślał się ruszyć.

- Nie budź Kamilka, tak ładnie śpi – usłyszała skrzekliwy głos macochy. Niezbyt się tym przejęła. Jedynie żałowała, że chłopak nie będzie mógł podziwiać swoich ulubionych szortów na maszcie anteny. A tak się starała. Chwyciła nogi chłopaka i brutalnie zrzuciła je z siedzenia. Kamil nawet nie drgnął. Nadal spał jak zabity. Zapięła pasy. I wpatrywała się w krajobraz za oknem. Z każdym kilometrem, krajobraz się zmieniał. Im byli bliżej swego celu, tym więcej lasów i drzew majaczyło za szybą. Powoli zaczęło się ściemniać. Deszcz nie ustawał, wręcz się nasilał. Niebo pokrywały czarne chmury. Wiał porywisty wiatr. Wendy błogosławiła w duchu wynalazcę samochodów. Z pewnością nie chciałaby być teraz na zewnątrz. O nie.

- Niedługo będziemy na miejscu – powiedział spokojnie pan McGardness. Z tonu jego głosu można było wywnioskować, że nie jest z tego szczególnie zadowolony. Wręcz przeciwnie. W końcu, kiedy za oknem było na tyle ciemno, że niemożliwa było zobaczenie czegokolwiek samochód zaczął zwalniać.

- To tu – powiedział pan Henry podenerwowanym głosem – Wendy obudź, brata. Dziewczyna na słowo „brat” się wzdrygnęła. Spojrzała na chłopaka. Od kilku godzin leżał w tej samej, niezmienionej pozycji. Blondynka szturchnęła kilka razy Kamila, jednak ten ani drgnął. Łaskotała go, biła, zatykała nos, wkładała papierki od kanapek do ust, ten jednak nadal spał. Albo był świetnym aktorem, albo miał kamienny sen. - Wendy pośpiesz się – ponaglała Milena, pudrując sobie nos. Wiedziała doskonale, że dziewczyna nie zdoła go obudzić. Jednak się myliła. Piętnastolatka nie widząc innego wyjścia, użyła ostatecznych środków. Pochyliła się nad ofiarą (losu) i krzyknęła:

- Kamil, bezbronny pierwszak na trzeciej – rezultat był natychmiastowy. Poderwał się z siedzenia i zaczął rozglądać.

- Gdzie? Gdzie? – krzyknął. Jednak kiedy zobaczył płaczącą ze śmiechu Wendy, opanował się.

- No cóż, zostawię to bez komentarza – spojrzał karcąco na córkę i syna – A teraz wysiadamy.

- Ależ Henryku, okropnie pada. Makijaż mi się zniszczy – oburzyła się Milena. Pan McGardness westchnął. Wyszedł z samochodu, zdjął płaszcz i okrył ją nim, by ta nie zmokła. Z blondynką nie było takich problemów. Dobrowolnie wyszła z auta i aż ją wmurowało. To przekraczało jej najśmielsze oczekiwania. Choć było ciemno i deszcz skutecznie uniemożliwiał widoczność, spostrzegła ona zarys budowli. Znajdowali się przed ogromnym zamkiem.

- Wendy, chodź tu, bo zmokniesz – na ziemie sprowadził ją głos ojca. Kiedy wszyscy stali już przed drzwiami wejściowymi pan McGerdness chwycił kołatkę i zastukał nią dwa razy. Niemal od razu pojawił się w nich starszy mężczyzna. Miał na oko sześćdziesiąt pięć lat. Był niemal identyczną kopią Henrego, tyle że starszą. Jego włosy były niemal białe. Jedynie gdzie niegdzie przeplatały się z szarymi pasmami. Wyglądał na miłego. Jego spojrzenie miało w sobie tyle ciepła i wyrozumiałości.

- Henry, tyle lat – spojrzał na mężczyznę i padli sobie w ramiona. Po chwili się opanował i odkleił od syna – Zapraszam do środka. Kolacja już czeka.

Wszyscy posłusznie szli za starszym mężczyzną. Wendy zachwycała się urokami zamczyska. Zawsze pociągały ja te klimaty. Zamczyska, średniowiecze. Wyobraźnia sama podsuwała najróżniejsze scenariusze. Szczególnie teraz, podczas ulewy wnętrze wyglądało tak mrocznie i tajemniczo. Każdy najmniejszy szmer przyprawiał o dreszcz. Źródłem światła były pochodnie, które przytrzymywały zbroje. Wyglądało to bardzo ciekawie. Co kilka metrów od siebie ustawione były zbroje. Każda wyposarzona była w miecz i pochodnie. Wyglądały one jakby czegoś strzegły i w każdej chwili mogły ożyć. Aż dreszcze przechodził po plecach. Nie tylko ona jednak czuła się tu dosyć dziwnie. Milena szła kurczowo trzymając się Henry’ego. Rozglądała się nerwowo jakby z zakrętem czekała na nią śmierć. Była roztrzęsiona. Nie mniej przerażony był Kamil. Spoglądał bojaźliwie na mury zamczyska. Piętnastolatka nie wytrzymała. Zaszła od tyłu Kamila.

- Bu! –szepnęła. Chłopak z krzykiem odskoczył. Przerażenie malowało się na jego twarzy. Dziewczyna zaśmiała się.

- Wendy! Nie strasz brata – skarcił ją ojciec. Milena wystraszona nie mniej niż Kamil wtuliła się w męża. Blondynce pod wpływem spojrzenia ojca mina zrzedła. Spojrzała na starszego mężczyznę. Uśmiechnął się do niej porozumiewawczo. Już wtedy młoda panna McGardness wiedziała, że przypadną sobie do gustu. Gospodarz odwrócił się i cierpliwie prowadził gości dalej. Dziewczyna dziwiła się jak, jeszcze nie zabłądził w tej plątaninie korytarzy. Jeśli ona ma tu mieszkać, będzie musiała poprosić o mapę. Nagle usłyszała za sobą ciche szepty.

- To oni – szepty brzmieniem przypominały powiew wiatru.

- Nie wytrzymają tu długo – dziewczyna nie czuła lęku. Sama się sobie dziwiła, jednak coś jej mówiło, że nie ma się czego bać. Spojrzała na Milene i Kamila. Zdawali się niczego nie słyszeć.

- On wytrzyma, ale reszta tej gromadki, małe szanse. Już ja się o to postaram – Wendy obróciła głowę i spojrzała w ciemność. Szepty ucichły. Nikogo nie ujrzała, choć bardzo wytężała wzrok. Dogoniła resztę. Nie chciała się zgubić. W końcu doszli do jadalni. Była to duża komnata. Ściany zdobiły piękne gobeliny. Posadzka wykonana z najdroższych marmurów błyszczała delikatnie. Tu w przeciwieństwie do korytarzy nie było pochodni. Nad długim stołem pełnym różnych pyszności wisiał piękny kryształowy żyrandol. Dopiero teraz piętnastolatka zauważyła, że nie są tu sami. Na końcu stołu siedziała smukła kobieta odziana w długą czarną suknię, która idealnie podkreślała jej walory. Starszy mężczyzna poprowadził gości do kobiety. Jej włosy przeplatały siwe pasma.

- Witaj synu – powiedziała oschle. Jej głos był stanowczy i władczy. Zlustrowała każdego z przybyłych karcącym wzrokiem. Kiedy patrzała na Wendy, jej wzrok zatrzymał się na jej oczach. Uniosła jedną brew po czym kontynuowała – Przedstaw mi swoją rodzinę. Chcę wiedzieć z kim będę mieszkać pod jednym dachem – uniosła dumnie głowę.

- A więc to jest Milena – moja żona, Kamil i Wendy.

- Wątpię, żeby Henry wam kiedykolwiek coś o nas wspominał – spojrzała z ironią na syna – Nazywam się Marietta McGardness. A to mój mąż Alucard McGardness. Chcę podkreślić, że nie toleruje spuźnialstwa, niekulturalnego zachowania. Zabrania się biegania po zamku, podnoszenia głosu oraz wychodzenia po zmroku. Mam nadzieję, że się zastosujecie do reguł. A teraz życzę smacznego. Wszyscy zabrali się do jedzenia, które było naprawdę wyborne. Co jakiś czas Marietta z odrazą spoglądała na Kamila. Drażnił ją nie tylko swoim głupkowatym wyglądem, ale i zachowaniem. Jednak starała się tego nie okazywać. Przyglądała się także Wendy, jej oczy ją intrygowały. Czuła, że nie jest to zwykła dziewczyna. Po kolacji, z której nikt nie miał prawa odejść zanim nie skończyli wszyscy, Alucard zaprowadził gości do ich nowych pokoi. Pokuj Wendy znajdował się na drugim piętrze. Dziewczyna była tym nieco zdziwiona, ponieważ wszyscy zamieszkiwali niższe partie zamku i była tu sama. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jednak wcale nie była tym faktem zmartwiona. Wręcz przeciwnie. Cieszyła się, że będzie miała ciszę i spokój. Doskonale wiedziała, że przynajmniej na początki Kamil prędzej zabłądzi niż tu trafi.

Starszy pan McGardness prowadził piętnastolatkę długimi korytarzami. W końcu zatrzymał się przed drzwiami jednej z komnat, otworzył delikatnie drzwi i zaprosił do środka wnuczkę.

- Dobranoc Wendy – powiedział ciepło.

- Dobranoc dziadku – odpowiedziała mężczyźnie, który zniknął za drzwiami. Dopiero teraz przyjrzała się pokojowi dokładniej. Był sporych rozmiarów. Na równoległej ścianie do drzwi znajdowało się wielkie okno, przysłonięte do połowy granatowymi zasłonami. Wszystkie meble wykonane były z dębowego drzewa. Wielkie łóżko z baldachimem ustawione było prostopadle do okna. Obok stało biurko z dwoma krzesłami. Naprzeciw stały szafa, biblioteczka i niewielka wisząca półeczka. Całe pomieszczenie było urządzone w tonacji granatu i błękitu. Dziewczyna cieszyła się w duchu, że nie ma tu ani jednej różowej rzeczy. Wręcz nie cierpiała tego koloru i wszystkiego co z nim związane. „Milena przeżyje szok” – zaśmiała się i rzuciła na łóżko. Niemal natychmiastowo zasnęła.

Wyrocznia (17:12)
5 których uwierzyło, że magia istnieje

04 marca 2006
1. Konfrontacja z Kamilem i jej skutki

Średniego wzrostu, szczupła dziewczyna wolnym krokiem przemierzała zatłoczone ulice Los Angeles. Jej długie jasne włosy rozwiewał wiatr. Błękitno-fioletowe oczy z zainteresowaniem obserwowały otoczenie. Ktoś pomyślałby – normalna nastolatka, ale czy na pewno? To właśnie oczy Wendy – bo tak nazywa się nasza główna bohaterka – były niezwykłe. Zawsze błękitne w dniu jej piętnastych urodzin zmieniły swą barwę na kolor obecny. Z początku, dziewczyna nie mogła się do tego przyzwyczaić, jednak do dziś – czyli dokładnie po upływie tygodnia od tego zdarzenia – zdążyła już przywyknąć do swojego nowego wyglądu. W duchu powtarzała sobie, że przynajmniej jakoś się wyróżnia spośród tłumu. Zamieszanie jakie panowało na ulicach miasta aniołów piętnastolatka porównała z życiem w mrowisku. Każdy człowiek gdzieś się śpieszył. Był zabiegany. Nie interesował go boży świat. Jednak blondynka nie śpieszyła się. Powrót do domu zaliczała do najprzyjemniejszej części dnia. Jej dom znajdujący się na obrzeżach miasta, był co prawda oddalony od szkoły o dobre sześć kilometrów, jednak jej to nie przeszkadzało. Nie lubiła tłuc się autobusami. Piesze wycieczki ją uspokajały i wyciszały. Była typem samotnika. Nie z własnej woli. Przybrany brat – Kamil – na każdym kroku starał się „umilić” jej życie. Niestety ze skutkiem. Zawieranie jakichkolwiek znajomości nie wchodziło w grę. Banda Kamila trzęsła całą szkołą. Wszyscy bali się choćby spojrzeć na młodą McGardness, nie mówiąc już o podejściu i wymianie kilku zdań. Mimo swojego odizolowania Wendy, wcale nie była zamknięta w sobie. W odpowiednich chwilach potrafiła powiedzieć co na dany temat sądzi. A takimi niezaprzeczalnie były konfrontacje z „bratem”. Lekki wiosenny wiaterek z każdą minutą zaczął przybierać na sile. Dotychczas bezchmurne niebo pokryły ciężkie deszczowe chmury. „ A zapowiadał się taki piękny dzień” – westchnęła blondynka przyśpieszając kroku. Do domu zostały jej jakieś dwa kilometry, kiedy pierwsze krople spadły na ziemię. „No to pięknie” – mruknęła do siebie i zaczęła biec na najbliższy przystanek. Nie żeby dziewczyna nie lubiła deszczu. Wręcz przeciwnie. Kochała naturę i wszystko co z nią związane, jednak perspektywa przemoknięcia w tak chłodny dzień, jakim niezaprzeczalnie był dzisiejszy dzień, nie napawał ją optymizmem. Nie chciała zachorować. Tym bardziej, że jest dopiero luty, a ona w ciągu tygodnia musi zaliczyć wszystkie przedmioty, ponieważ jej ojcu znowu zachciało się przeprowadzki. Zdyszana dobiegła do przystanku. Stanęła pod daszkiem, już miała usiąść i poczekać, aż deszcz przestanie padać, kiedy zauważyła, że nie jest tu sama.

- O nie – jęknęła widząc na przystanku wysokiego chłopaka słusznej postawy o brązowych oczach. Ciemne włosy opadały mu na twarz. Za nim stało jego dwóch nieodłącznych kompanów.

- Powiedz mi siostra. Jak ty to robisz, że zawsze wychodzisz ostatnia, wleczesz się przez miasto jak ostatnia pokraka, a mimo to zawsze jesteś w domu przede mną – zapytał Kamil przesłodzonym głosem, puszczając cichy jęk dziewczyny mimo uszu.

- Może dlatego, że autobus ledwo się toczy, wioząc taką kupę słoniny jak ty – odpowiedziała ironicznie. Dwóch chłopaków stojących za Kamilem parsknęła, jednak widząc ostrzegawcze spojrzenie kumpla spoważnieli.

- Jakaś ty dowcipna. Ha ha ha – zakpił siadając z powrotem na ławeczce. Ta zatrzeszczała i ugięła się lekko pod ciężarem jego ciała.

- Lepiej nie siadaj na tej ławce. Może tego nie wytrzymać. Pamiętasz co się stało z ławką w naszym ogrodzie. Do tej pory jest w dwóch częściach – uśmiechnęła się mściwie.

- Lepiej nie pyskuj. Nie chcesz chyba, żebym cię uszkodził – wysyczał czerwienią się na twarzy.

- Już się boję – odpowiedziała przedrzeźniając jego głos. Chłopak nie wytrzymał. Wziął zamach z zamiarem uderzenia dziewczyny. Ta jednak spodziewając się takiego obrotu sprawy schyliła się i pięść Kamila trafiła w metalowe rusztowanie budki. Chłopak przeklną głośno i złapał się za obolałą dłoń. - Coś jeszcze braciszku – powiedziała wstając.

- Łapać ją. Nie ujdzie ci to na sucho – krzyknął wściekły.

- Zapewne. Strasznie pada! - zerwała się z miejsca i nim ręce kumpli jej brata ją dosięgły, zwiała. Słyszała za sobą ich ciężkie kroki. Nie odpuszczali. Wiedziała, że ma nad nimi przewagę. Jest lżejsza i nie zmęczy się tak szybko w przeciwieństwie do trójki jej prześladowców. Pewna swojego zwycięstwa popełniła jeden zasadniczy błąd – obróciła się. Poślizgnęła się na śliskim chodniku i wyłożyła jak długa. Już wstawał kiedy poczuła jak czyjaś silna dłoń wykręca jej ręce do tyłu. Jęknęła. Nie trudno było się domyślić kto stał za nią.

- Zostaw mnie, ty przerośnięty prosiaku – krzyknęła, oceniając sytuacje – „ Jestem cała mokra. Jest mi zimno. Mam rozwalone dwa kolana. Znikąd ratunku. Zaraz ukręcą mi ręce – jest źle. Co ja mówię, jest beznadziejnie”.

- Zaraz inaczej zaśpiewasz – warknął.

- Ciekawe – zaśmiała się głośno – Rączka cię już nie boli?

- Chłopcy macie jeszcze ten sznurek?

- Co?

- No chyba nie myślałaś, że cię puścimy – powiedział z wyższością.

- Tak myślałam – powiedziała przełykając ślinę i z przerażeniem spojrzała na sznurek trzymany w dłoniach Johna – jednego z goryli Kamila.

- Ze mną się nie zadziera – warknął – Chłopaki myślę, że tamten słup będzie odpowiedni – wskazał lewą ręką na przydrożną latarnie. Dopiero teraz Wendy zauważyła, że prawa dłoń Kamila jest sina. „Będą kłopoty”- pomyślała.

- Nie zrobisz tego – zaczęła się wyrywać. Jednak uścisk na jej ramionach nie poluźnił się.

- Chcesz się założyć?

- No dobra, powiem inaczej. Tylko spróbuj coś mi zrobić a wyjawię twój największy sekret – wyszczerzyła się sprytnie.

- Nie zrobisz tego.

- Chcesz się założyć – uśmiechnęła się zadowolona z takiego obrotu sprawy.

- Chłopaki zostawcie ją. Rozprawie się z nią w domu – chłopcy posłusznie wykonali polecenie. Niechętnie puścili blondynkę. Dziewczyny spojrzała na nich z nieukrywaną kpiną.

- No to ciao, chłopcy – odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu. Na miejscu była po piętnastu minutach. Chciała wejść do domu niepostrzeżenie. By nie wszczynać kolejnej awantury, które są w jej rodzinie na porządku dziennym. Jednak, gdy tylko otworzyła drzwi przywitał ją skrzek jej macochy.

- Gdzie się włóczyłaś dzieciaku? - Jak co dzień wracałam ze szkoły, a że zaczął padać deszcz musiałam gdzieś się przed nim schować – odpowiedziała w miarę spokojnie blondynka. Przymknęła powieki. Policzyła od jednego do dziesięciu i przeszła obok macochy, kierując się w stronę schodów.

- Jeszcze z tobą nie skończyłam smarkulo – warknęła kobieta i złapała Wendy za rękę, by ta nie mogła jej uciec.

- Słucham – wycedziła piętnastolatka starając się opanować. Wyrwała dłoń z uścisku i spiorunowała wzrokiem opiekunkę.

- Mileno? Co tam się dzieje? – dało się słyszeć głos z przedpokoju. Do sieni wszedł wysoki mężczyzna. Nie miał więcej niż czterdzieści lat. Był zadziwiająco podobny do Wendy. Jedynie oczy miał brązowe. Spojrzał na żonę i córkę

– Wendy, jesteś cała mokra. Idź się przebierz, a potem zejdź na obiad – powiedział spokojnie.

- Chyba nie zamierzasz tak tego zostawić – wtrąciła się Milena, robiąc oburzoną minę.

- Coś się znowu stało? – westchnął.

- Wendy znowu się spóźniła, a do tego jeszcze strasznie tu nabrudziła. Nie po to sprzątałam dziś cały dzień, by ta bezczelna dziewczyna psuła moja pracę. O nie! – podniosła dumnie głowę i spojrzała na męża.

- I tylko to ma być pretekstem do kolejnej kłótni? – spojrzał na nią chłodno.

- Tylko. Ty to nazywasz, tylko. Nie po to harowałam ...

- Dosyć. Wendy idź się przebrać. Nie chce byś się rozchorowała. Mileno musimy chyba porozmawiać – powiedział ostro pan McGardness. Wendy spojrzała z tryumfem na macochę i już stała na pierwszym schodku, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Blondynka doskonale wiedziała, kto wrócił. „Będą kłopoty” – pomyślała i chciała zmyć się do swojego pokoju, jednak Kamil przewidział, co zamierza zrobić i na wstępie zawołał:

- Ałaaa...Moja ręka. Ona mi złamała rękę – wskazał w kierunku piętnastolatki.

- O żesz – mruknęła zainteresowana.

- Ona chciała zabić mojego synka. Henryku! Nic nie zrobisz? – powiedziała bliska płaczu Milena.

- Pokaż rękę – poprosił pan McGardness. Kamil posłusznie wyciągnął obolałą rękę przed siebie – Nie wygląda to ciekawie. Ma złamany nadgarstek. Będzie trzeba założyć gips – powiedział chłodno i spojrzał przenikliwym wzrokiem na córkę.

- Chyba tego tak nie zostawisz. Jej należy się kara. Ona skrzywdziła mojego synka – biadoliła kobieta – Bardzo cię boli, Kamilku.

- Zaraz mi dłoń odpadnie – jęknął – A wszystko przez nią.

- To nie ja chciałam się pięścią walnąć w twarz, więc odpuść sobie – krzyknęła blondynka schodząc ze schodów. Wiedziała doskonale co ją teraz czeka. Zawsze tak było. Nie ważne co się stanie, to Kamil zawsze będzie ten niewinny i na nią spadnie wszelka odpowiedzialność. Jednak zawsze warto się bronić.

- Było się nie zaczynać – warknął i staną naprzeciwko niej.

- I kto to mówi...A psik – kichnęła. Przeszedł ja dreszcz. Chciała kontynuować dalej, jednak powstrzymał ją ojciec.

- Dosyć! – krzyknął – Milena i Kamil do samochodu. Jedziemy do szpitala. Wendy do pokoju. Przebierz się. Porozmawiamy po powrocie - Warto wspomnieć, że pan Henry był bardzo spokojnym człowiekiem i rzadko krzyczał. Był z zawodu lekarzem i opanowanie było mu w pracy bardzo przydatne. Musiało go coś naprawdę zdenerwować by podniósł głos. Tak się i stało tym razem. Piętnastolatka posłusznie poczłapała do swojego pokoju. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, do jej uszu doszedł odgłos silnika. Wyjrzała przez okno. Kamil z miną męczennika wsiadł do samochodu. „Dobrze mu tak” – uśmiechnęła się do siebie. Doskonale wiedziała, jak Kamil boi się szpitali. Kiedy czarny jeep zniknął w pola widzenia, dziewczyna wzięła ubrania na zmianę i udała się do łazienki. Odkręciła kurek z ciepłą wodą i spojrzała w lustro. Spoglądała na nią blondynka o błękitno-fioletowych oczach. Mokre włosy opadały na twarzy. W oczach malował się smutek i samotność. Tak bardzo chciałaby mieć przyjaciela. Kiedy wanna była już wypełniona, dziewczyna pozbyła się mokrych ubrań i weszła do rozkosznie gorącej wody. Przeszedł ja dreszcz. „Tylko, żeby się nie rozchorować. Przecież muszę po zaliczać jeszcze kilka przedmiotów” – myślała. Kiedy tak leżała i delektowała się błogosławieństwem natury, jakim była woda, przypomniały jej się dawne czasy. Jak przez mgłę pamięta swoją prawdziwą mamę. Nie jakąś wredną macochę. Jej jedyną mamę, której nic nie zastąpi. Państwo McGardness przechadzali się przez zielone ścieżki parku. Wiosna była wymarzoną porą na długie spacery. Natura budziła się do życia. Wszystko ożywało na nowo. Ptaki wesoło świergoliły. Delikatne promienie słońca przedzierały się, przez puszyste chmury. Pani McGardness łakomie obserwowała swymi błękitnymi oczami otaczającą ją zieleń. Jej długie jasne włosy rozwiewał figlarny wietrzyk. Przed nimi biegała mała dziewczynka, próbująca złapać motyla.

- Wendy, zwolnij – powiedziała kobieta dźwięcznym głosem, jakby przewidując co się zaraz stanie. Blondynka zaczepiła się o kamień i upadła, rozbijając sobie małe kolanka. Wstała popatrzyła na swoje nóżki i powiedziała.

- Kuka – wbrew przypuszczeniom rodziców, nie płakała. Choć miała zaledwie pięć lat była dzielna. - Daj nóżkę, tatuś pocałuje. Nie będzie bolało – dziewczynka na początku się skrzywiła, jednak kiedy pan McGardness pocałował nóżkę dziewczynki, ta roześmiała się perliście.

Tylko tyle pamiętała ze swego dzieciństwa. Pojedyncza łza spłynęła po jej delikatnym policzku. Tak wiele by dała, by to wszystko wróciło. Dni kiedy byli we trojkę szczęśliwi. Jednak to już nie wróci. Przed oczami jej stanęła jak traktowała ją Milena. Wszystkie upokorzenia ze strony jej bezczelnego synalka, który budową bardziej przypomina prosiaka niż człowieka. W jednej chwili zapałała do nich nienawiścią. Nienawidziła ich od kąd po raz pierwszy ich ujrzała. Wiedziała, że nie są oni dobrymi ludźmi. Blondynka wyszła z wody i owinęła się ręcznikiem. Spojrzała w lustro. To co zobaczyła niemal zwaliło ją z nóg. Jej oczy. Przyjrzała się im dokładniej. W jej błękitno-fioletowych tęczówkach odbijały się płomienie. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdzie nie było ognia. Ponownie spojrzała w lustro. W jej tęczówkach nadal tańczyły błękitno-fioletowe płomienie. Zdenerwowana zamknęła oczy. Wzięła głęboki wdech i wydech. „Spokojnie Wendy. Musiało ci się przewidzieć” – powiedziała. Spojrzała przed siebie. Z lustrzanej powierzchni przyglądała jej się przestraszona dziewczyna. Tym razem w jej wyglądzie nie było niczego dziwnego. Odetchnęła z ulgą. Pośpiesznie się wysuszyła, przebrała i poszła do pokoju. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Czegoś jej brakowało. „Gdzie ja mam dziś głowę – plecak” – powiedziała i ruszyła w stronę przedpokoju. Po minucie była z powrotem. Usiadła przed biurkiem i zaczęła odrabiać lekcje. Pierwszym zeszytem wyciągniętym w plecaka okazała się geografia. Piętnastolatka otworzyła zeszyt i przeczytała na głos:

- 1) Wyjaśnij pojęcia: galaktyka, asteroida, meteor, meteoryt, kometa, gwiazda, planeta, 2) W jakiej galaktyce znajduje się Ziemia? 3) Wymień planety Układu Słonecznego, uwzględniając przy tym: - ich wielkość, - ilość księżyców, - występowanie pierścieni, - odległość od Ziemi - kolejność.

- Łatwizna – uśmiechnęła się pod nosem – Wystarczy jedna encyklopedia - Wstała i podeszła do regału z książkami. Przejechała palcem po okładkach. Nagle poczuła lekki zawrót głowy. Jedną ręko podparła się regału, drugą zaś przyłożyła do czoła

– Będę chora – szepnęła. Zawrót głowy tak szybko jak się pojawił, zniknął. Dziewczyna miała wielka ochotę wziąć jedną z książek poświęconych fantastyce, jednak opamiętała się i wzięła encyklopedie. Od kąd Wendy pamięta zawsze interesowały ją różne legendy, mity, książki o wróżkach, czarownicach, baśniowych stworzeniach. Jej matka zasiała u niej tą pasje. I tak pozostało do dziś. Można śmiało przyznać, że blondynka miała swój własny świat. Mogła godzinami przyglądać się otoczeniu i insynuować jak by wyglądał świat, gdyby magia istniała. Półgodziny później skończyła odrabiać lekcje. Już chciała zatopić się w lekturę poświęconą mitycznym stworzeniom gdy usłyszała znajomy odgłos silnika. „ Niedobrze” – pomyślała dziewczyna i przełknęła ślinę. Na dole usłyszała znajome trzask drzwi.

- Wendy! Zejdź! Musimy porozmawiać! – usłyszała zimny głos ojca. Barwa głosu pana McGardness’a nie wróżyła nić dobrego. Zrezygnowana odłożyła książkę na półkę i posłusznie zeszła do salonu, gdzie czekała na nią już cała rodzina.

- Dlaczego to zrobiłaś? – rozpoczął rozmowę mężczyzna.

- Dlaczego zrobiłam co? – dziewczyna usiadła na oparciu fotela i spojrzała nienawistnym spojrzeniem na Kamila. Doskonale wiedziała, że przedstawił swoją wersję wydarzeń, której teraz będą się trzymać.

- Jak śmiesz? Nie dosyć, że mało nie pozbawiła Kamilka ręki, to jeszcze udaje słodką idiotkę! – krzyknęła Milena głaszcząc poszkodowanego po policzku.

- Spokojnie Mileno. Zaraz się wszystko wyjaśni. Prawda Wendy? – spojrzał na nią pustym wzrokiem.

- Tak, tato – powiedziała potulnie, spuszczając wzrok.

- A więc dlaczego wysiadając z autobusu popchnęłaś Kamila? Słucham.

- Co zrobiłam? – spojrzała z żądzą mordu w oczach na „braciszka” – Przecież ja nie jeżdżę autobusami. I to on chciał mnie z kolegami zlać, nie ja jego – krzyknęła oburzona.

- Chociaż, miej odwagę się przyznać... – powiedział płaczliwym głosem Kamil.

- Do niczego się nie będę przyznawać, tym bardziej, że to wszystko nie prawda. A nawet jakbym popchnęła Kamila, to nie mam takiej siły, by ta kupa salcesonu się przewróciła – wykrzyczała dziewczyna. Siedemnastolatek z tryumfem obserwował dalszy rozwój sytuacji. Jak na razie wszystko szło po jego myśli. Niedługo smarkata otrzyma karę.

- Jak śmiesz tak nazywać mojego synka. Ty, ty mała wywłoko – podeszła do piętnastolatki cała dygocząc ze wściekłości.

- Wendy, przesadziłaś... – usłyszała karcący głos pana McGardness’a. Cofnęła się krok do tyłu. Spojrzała z niedowierzaniem na ojca.

- Może i przesadziłam, jednak nieważne co zrobię to zawsze wszystko jest źle. Jakby to on mi przetrącił twarz, nie miałby żadnej kary. Byłaby to wyłącznie moja wina. Zrobiłam unik, też jest źle. Nie ma sprawy. Następnym razem jak ktoś będzie chciał mnie uderzyć, nawet się nie ruszę – krzyknęła w kierunku ojca i wybiegła z salonu, ku sprzeciwowi i ogólnemu niezadowoleniu Mileny. Kamil pogratulował sobie kolejnej udanej akcji. Był nieco zawiedzony, że smarkata nie otrzymała żadnej kary, jednak jak nie dziś to następnym razem. Pan McGardness w duchu przyznał rację córce. Kamil zawsze był oczkiem w głowie Mileny. I doskonale znał stosunek żony do Wendy. Już chciał pójść za piętnastolatką, kiedy zatrzymał go głos Mileny:

- Zostaw ją. Lepiej pomyśl nad odpowiednią karą dla niej, za dzisiejszy wybryk – powiedziała surowo spoglądając w kierunku schodów. Pan Henry w końcu dał za wygraną i zaprzestał dążenia do rozmowy z córką.

Wendy wbiegła do pokoju. Trzasnęła drzwiami i rzuciła się na łóżko. Wtuliła się w poduszkę. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.

- Mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje – szepnęła i zamknęła oczy. Znów ją widziała. Roześmianą, ciekawą świata, troskliwą, kochaną. Otarła samotną łzę i usiadła na parapecie. W ciszy wpatrywała się w stalowo-szare niebo. Tak zasnęła.

wysnuffac : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

hanula | sh | anja-dem | benzaiten | statuetka | Mailing