Najnowsze wpisy


kwi 18 2009 tydzienlezysz
Komentarze: 0
SZCZERZE? NIE PODOBA MI SIĘ TA NOTKA. BYŁA PISANA "NA SZYBKIEGO". POZA TYM TROCHE KRÓTKA JEST. ALE CZY ZAWSZE MUSZĄ BYĆ DŁUGIE? TROCHĘ WAS ZANIEDBAŁAM. WYBACZCIE. JEDNAK NAUKI JEST DUŻO, CZASU ZAWSZE MAŁO.
TAK WIĘC MIŁEGO CZYTANIA I KOMENTOWANIA. CHĘTNIE DOWIEM SIĘ CO O NIEJ SĄDZICIE.
NOWA NOTKA TAKŻE NA MOIM DRUGIM BLOGU :)


25 lutego 2006
Początek
<!-- DgoPrepare('WindowLoginForum', '<DIV style=\"width:470\"><SPAN class=\"v3b gr\">Zaloguj się</SPAN><BR><IMG src=0 width=10 height=10><BR><FORM target=\"loginframe\" name=\"f_login2\" style=\"display:inline\" method=post action=\"http://secure.onet.pl/forum/login.html\" onsubmit=\"if(document.f_login2.ssl.checked) document.f_login2.action=\'https://secure.onet.pl/index_extended.html\'\"><INPUT type=hidden name=url value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><INPUT type=hidden name=errurl value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/-1,log.html\"><INPUT type=hidden name=app_id value=70><INPUT type=hidden name=ok value=\"1\"><INPUT type=hidden name=r value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><TABLE width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><TR valign=top align=left><TD><SPAN class=\"v6b gr\">E-mail</SPAN><BR><INPUT type=text class=\"v2\" id=\"e\" name=\"e\" maxlength=60 size=30 value=\"\"></TD><TD><SPAN class=\"v6b gr\">OnetHasło</SPAN><BR><INPUT type=password class=\"v2\" id=\"p\" name=\"p\" maxlength=60 size=30 autocomplete=off></TD></TR></TABLE><SPAN id=err_login2 style=\"display:none;\" class=\"err\"><img src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/alert.gif\"> Niepoprawne dane</SPAN><IMG src=0 width=10 height=10><BR><table width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><tr><td background=\"_d/lay/kropkipoziom.gif\"><IMG src=0 width=1 height=1></td></tr></table><IMG src=0 width=10 height=10><BR><DIV align=center><input class=\"g_szary_c_80\" name=\"blogin\" onClick=\"DgoOFF(O(\'WindowLoginForum\'));\" value=\"&nbsp;&nbsp;Anuluj&nbsp;&nbsp;\" type=\"button\"> <INPUT type=submit class=\"g_zolty_c_80\" name=\"blogin\" value=\"&nbsp;&nbsp;OK&nbsp;&nbsp;\"></DIV><IMG src=0 width=14 height=14><BR><DIV align=center><SPAN class=\"v2b gr\">Objaśnienia&nbsp;</SPAN><A rel="nofollow" href=\"javascript:DgoTOG(WindowLoginForum);DgoON(WindowLoginInfo);\"><IMG src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/pytajnik.gif\" border=0></A><IMG src=0 width=3 height=3><BR><INPUT type=checkbox class=\"\" value=0 name=hssl ><SPAN class=\"v2\">Loguj się bezpiecznie</SPAN>&nbsp;&nbsp;<A rel="nofollow" href=\"http://secure.onet.pl/haslo.html\" class=\"v2\">Zapomniałem hasła</A></DIV></FORM></DIV><iframe onLoad=\"logUser();\" style=\"border: 0px solid #FFFFFF;\" border=\"0\" name=\"loginframe\" id=\"loginframe\" width=\"1\" height=\"1\"></iframe>', 0, 1, 1, '\"Anuluj\":\"none\"', 0) // End -->

No to startuję...3...2...1...Witam na moim kolejnym blogu, nie powiem już którym z kolei bo nie pamiętam. Mam nadzieję, że nie okaże sie on kolejną pomyłką i dzielnie będę go prowadzić. Fanów Harrego Pottera muszę zawieść. Nie będzie to blog poświęcony przygodom młodego czajodzieja. Moge was najwyżej odesłać na mój pierwszy blog. Opisujący szósty rok Harrego. Ostrzegam jednak, że nie każdemu może się podobać mój styl pisania. Jeśli nadal chcesz to przeczytać to kilknij tutaj

Co do tego bloga. Publikować będę na  nim swoje nowe opowiadnie. Nie zaprzeczam, będzie ono pełne magii. Jednak nie znajdziecie tu zaklęć i wymachiwania różdżkami. Opisywać będę tu losy, piętnastolatki, której życie zaczyna się komplikować w dni jej piętnastych urodzin. Chcesz wiedzieć więcej.Niedługo pierwsza natka. Powodzenia.

Wyrocznia (23:13)

25 marca 2006
2. Pobudka, poszukiwania, wyjazd, tejemnicze szepty
<!-- DgoPrepare('WindowLoginForum', '<DIV style=\"width:470\"><SPAN class=\"v3b gr\">Zaloguj się</SPAN><BR><IMG src=0 width=10 height=10><BR><FORM target=\"loginframe\" name=\"f_login2\" style=\"display:inline\" method=post action=\"http://secure.onet.pl/forum/login.html\" onsubmit=\"if(document.f_login2.ssl.checked) document.f_login2.action=\'https://secure.onet.pl/index_extended.html\'\"><INPUT type=hidden name=url value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><INPUT type=hidden name=errurl value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/-1,log.html\"><INPUT type=hidden name=app_id value=70><INPUT type=hidden name=ok value=\"1\"><INPUT type=hidden name=r value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><TABLE width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><TR valign=top align=left><TD><SPAN class=\"v6b gr\">E-mail</SPAN><BR><INPUT type=text class=\"v2\" id=\"e\" name=\"e\" maxlength=60 size=30 value=\"\"></TD><TD><SPAN class=\"v6b gr\">OnetHasło</SPAN><BR><INPUT type=password class=\"v2\" id=\"p\" name=\"p\" maxlength=60 size=30 autocomplete=off></TD></TR></TABLE><SPAN id=err_login2 style=\"display:none;\" class=\"err\"><img src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/alert.gif\"> Niepoprawne dane</SPAN><IMG src=0 width=10 height=10><BR><table width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><tr><td background=\"_d/lay/kropkipoziom.gif\"><IMG src=0 width=1 height=1></td></tr></table><IMG src=0 width=10 height=10><BR><DIV align=center><input class=\"g_szary_c_80\" name=\"blogin\" onClick=\"DgoOFF(O(\'WindowLoginForum\'));\" value=\"&nbsp;&nbsp;Anuluj&nbsp;&nbsp;\" type=\"button\"> <INPUT type=submit class=\"g_zolty_c_80\" name=\"blogin\" value=\"&nbsp;&nbsp;OK&nbsp;&nbsp;\"></DIV><IMG src=0 width=14 height=14><BR><DIV align=center><SPAN class=\"v2b gr\">Objaśnienia&nbsp;</SPAN><A rel="nofollow" href=\"javascript:DgoTOG(WindowLoginForum);DgoON(WindowLoginInfo);\"><IMG src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/pytajnik.gif\" border=0></A><IMG src=0 width=3 height=3><BR><INPUT type=checkbox class=\"\" value=0 name=hssl ><SPAN class=\"v2\">Loguj się bezpiecznie</SPAN>&nbsp;&nbsp;<A rel="nofollow" href=\"http://secure.onet.pl/haslo.html\" class=\"v2\">Zapomniałem hasła</A></DIV></FORM></DIV><iframe onLoad=\"logUser();\" style=\"border: 0px solid #FFFFFF;\" border=\"0\" name=\"loginframe\" id=\"loginframe\" width=\"1\" height=\"1\"></iframe>', 0, 1, 1, '\"Anuluj\":\"none\"', 0) // End -->

Tydzień minął jak z bicza strzelił. Nim się Wendy obejrzała nadszedł dzień przeprowadzki. Nie była ona zadowolona z tego przedsięwzięcia, jednak nie miała na to żadnego wpływu. Decyzja zapadła i nie było odwrotu. Tak było za każdym razem i to właśnie denerwowało piętnastolatkę. Nikt nie liczył się z jej zdaniem. Wiedziała doskonale co niesie ze sobą kolejna zmiana miejsca zamieszkania. Nową szkołę i ciąg dalszy prześladowań ze strony Kamila. Z jednego mogła być jednak zadowolona. Zaliczyła wszystkie przedmioty i uzyskała świadectwo ukończenia szkoły. Od dziś aż do września będzie miała wakacje. Długie wakacje. Cieszyło ją to tym bardziej iż doskonale wiedziała, że Kamil jej piekielnie zazdrości. On nie miał tyle szczęścia. Jego nauka potrwa standartowo do końca roku szkolnego, tyle że w innej szkole.

Od samego rana w domu panowała nieznośna atmosfera. Milena i Kamil byli zdenerwowani, zabiegani, ciągle czegoś szukali. Jednak Wendy miała to gdzieś. Spakowała się wczoraj i zamierzała spać co najmniej do powrotu ojca z pracy. Co prawda nie mogła znaleźć kilku rzeczy, jednak wiedziała kto za tym stoi – Kamil. Ona też nie pozostała mu dłużna i zawiesiła jego ulubione szorty na antenie na dachu. Nagimnastykowała się przy tym nie mało, jednak widok miny brata ją mobilizował. „A to będzie miał chłopak niespodziankę” – myślała. Nie dane było jej długo spać. Około dziesiątej wpadł do jej pokoju rozwścieczony Kamil.

- Gdzie są moje szorty, dzieciaku – krzyknął tuż nad jej uchem. Dziewczynę mało szlag nie trafił, gdy usłyszała jego głos. Była na niego wściekła. „Spokojnie Wendy. Nie daj mu tej satysfakcji” – powtarzała sobie nadal udając, że śpi. Kamila to tylko rozjuszyło. Chwycił ją za ramiona i zaczął potrząsać.

- Szkarado! Gdzie moje szorty? Wiem, że je gdzieś schowałaś! – wydarł się jeszcze głośniej. Blondynka nie wytrzymała. Wyrwała się z jego uścisku i spojrzała na niego z nienawiścią.

- Imbecylu, a skąd ja mam wiedzieć gdzie ty swoje gacie wsadziłeś! – odkrzyknęła. Kamil spojrzał na nią z przerażeniem, po czym cofnął się do tyłu.

- Twoje o...oczy o...one płoną – wyszeptał i wybiegł z krzykiem z pokoju dziewczyny.

- Taa i co jeszcze – warknęła i obróciła się na drugi bok, szczelnie opatulając kołdrą. Coś ją tknęło. Przypomniało jej się, że raz już miała wrażenie, że coś się dzieje z jej oczami. Chwyciła małe lusterko leżące na szafce i spojrzała w nie. „A jednak to nie było złudzenie” – pomyślała z zainteresowaniem przyglądając się błękitno-fioletowym tęczówkom w których igrały płomienie. Westchnęła, odłożyła szkiełko i ponownie opatuliła się kołdrą. Jednak nie było jej dane zaznać chwili spokoju. Do jej pokoju wpadła Milena. Jej mina nie wróżyła nic dobrego.

- Coś ty zrobiła Kamilowi?! – warknęła. Brew jej zaczęła lekko drżeć.

- Się puka – ziewnęła Wendy, maskując swoją złość wtargnięciem macochy do jej pokoju.

- Powtarzam! Co zrobiłaś Kamilowi?

- A co ja miałam mu zrobić! Zapewne przestraszył się porządku jaki panuje w moim pokoju. Doznał szoku. Przejdzie mu – odpowiedziała z ironią wstając z łóżka.

- Kamil jest przerażony. Coś tu się stało i ja się dowiem co. Gadaj, bo jak nie... – podniosła rękę.

- To co? Uderzysz mnie? – zaśmiała się Wendy. Wzięła ubrania leżące na krześle i poszła do łazienki, olewając wrzaski i groźby Mileny.

Po dziesięciu minutach wyszła kierując się do pokoju Kamila. Z rozmachem otworzyła drzwi i wparowała do środka. Panował tu nieziemski bałagan. Wszystkie ubrania byłe porozrzucane po całym pokoju. Kamil natomiast siedział na łóżku i pospiesznie wrzucał do niej co miał pod ręką. Widząc siostrę staną w bezruchu i zrobił przerażoną minę.

- Co to za mina, brat? Czyżbyś się mnie bał? – zapytała z kpiną w głosie. Zaczynało jej się to coraz bardziej podobać. Teraz to ona ma nad nim przewagę i niechybnie postanowi to wykorzystać. W końcu ta chwila nie będzie trwać wiecznie.

- Czego chcesz? – zapytał siląc się na obojętny ton.

- Czyżbyś się bał młodszej siostry. No wstydziłbyś się Kamilku. Nie ma osiłków w pobliżu i już się cykasz. Nie poznaję cię – zaśmiała się mściwie. Wiedziała co teraz przeżywał chłopak. Był kłębkiem nerwów. Ciągle spoglądał na jej oczy. Jednak tak jak przypuszczała, Kamil nie widząc żadnych zmian zaczął odzyskiwać pewność siebie. „Teraz albo nigdy”- pomyślała – No dobra gdzie są – wyjęła z kieszenie kartkę i zaczęła czytać – moje okulary, zdjęcie, dwie książki i stanik – warknęła.

- Gdzie są moje szorty? – zapytał już z dawną ironią chłopak.

- Powiesz mi dobrowolnie czy mam ci coś przypomnieć? – zapytała nie spuszczając z brata oczu. Chłopak przełknął ślinę.

- W piwnicy, na balkonie, na żyrandolu w przedpokoju, na strychu i garażu – odparł obojętnie.

- Dziękuję. Nie myślałam, że pójdzie mi z tobą aż tak łatwo – rzuciła na Kamila spojrzenie pełne politowania i wyszła trzaskając drzwiami.

Chłopak nie mógł sobie darować, że tak łatwo odpuścił. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przecież spojrzenie Wendy nie może mu nic zrobić. Przeklął szpetnie. Chwycił najbliższą rzecz jaką miał pod ręką i rzucił nią o ścianę. Jego nowa komórka, którą szpanował w szkole, rozsypała się na kilka części. Wkurzony do granic możliwości zaczął obmyślać nowy plan zemsty.

Pierwszym miejscem, które odwiedziła blondynka po opuszczeniu pokoju Kamila, był balkon. Delikatnie przekręciła klamkę. Gdy tylko otworzyła drzwi usłyszała dźwięk tłuczonego szkła. Wyszła na zewnątrz i rozejrzała się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Na posadzce za drzwiami stał pustak. Dziewczyna przymknęła drzwi i przyjrzała się znalezisku. Zacisnęła mocno pięści. Koło cegły leżały resztki jej okularów. Zachowały się jedynie zdeformowane czarne oprawki.

Kamil wściekły na siebie za swoja uległość wychodząc trzasnął drzwiami. Już zamierzał zejść do kuchni, gdy zobaczył jego znienawidzoną siostrę wchodzącą na balkon. „Hmmm...Pora zacząć grę wstępną. Niech się przyzwyczaja” – mruknął do siebie i ruszył w kierunku balkonu.

Wendy wymyślając najrozmaitsze wyzwiska pod adresem brata przekręciła klamkę. Ta jednak nie ustąpiła.

- No świetnie jeszcze tylko tego mi brakowało – warknęła szarpiąc klamkę. Zauważyła za firanką jakiś ruch. Od razu domyśliła się co jest grane. „Kamilek powoli wraca do normalności” – pomyślała wychyliła się za poręcz.

- Pierwsze piętro. Jakieś 5-6 metrów. Jak się nie połamie to będzie cud – mruknęła do siebie i skoczyła. Wylądowała na nogach, lekko podpierając się prawą dłonią. Trzymając w dłoni szczątki okularów podążyła w stronę garażu. Trzeba było przyznać, że dzień nie należał do najcieplejszych. Na zewnątrz było zaledwie pięć stopni. Ale w końcu był dopiero luty, więc to norma.

Piętnastolatka ostrożnie otworzyła drzwi garażu, spodziewając się kolejnej pułapki. Tu jednak nic takiego nie było. Jedna z jej książek najspokojniej w świecie leżała na półce z różnego rodzaju narzędziami. Bez problemu ją zdjęła i weszła do domu. Gdyby jednak Wendy bardziej się przyjrzała zauważyłaby niemal niezauważalną żyłkę rozciągniętą kilka centymetrów nad ziemią, która była połączona z puszką zielonej farby zawieszonej tuż pod sufitem.

Kamil przeklął i podążył za siostrą zwinnie omijając własną pułapkę. Można powiedzieć, że Kamil się nie uczy. Jednak z całą pewnością nie brak mu było sprytu. Pułapki i zasadzki stały się jego pasją od kąd zamieszkali razem pod jednym dachem. Nie przepuści żadnej okazji by „umilić życie” przybranej siostrze.

Następnym miejscem do którego się wybrała w poszukiwaniu pozostałych rzeczy był strych. Wchodząc po schodach spojrzała na zegarek. „ W pół do jedenastej. Spoko. Mam czas” – pomyślała. Na poddaszu chwyciła za sznurek, a drabinka prowadząca na strych sama się wysunęła. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie kubeł wody zjeżdżający razem z drabinką. Dziewczyna zrobiła krok w bok. Chwilę później wiadro z łomotem spadło na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała. Uśmiechnęła się pod nosem. Doskonale wiedziała, jak Kamil reaguje na nieudane zasadzki. W istocie tak było i tym razem. Poczerwieniał na całej twarzy i zacisnął pięści mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Przebyła zaledwie trzy schodki, kiedy zauważyła swoją kolejna zgubę. Ramka ze zdjęciem jej rodziców leżała na krawędzi. Bez większej trudności chwyciła ją i schowała w kieszeni bluzy. Zeszła ze schodków i zamknęła wejście. Zeszła ostrożnie spodziewając się kolejnych niespodzianek i pobiegła do pokoju. Zapakowała do walizki znalezioną książkę i ramkę. Okulary położyła na biurku i wyszła.

 „Piwnica czy przedpokój. Może najpierw piwnica” – pomyślała kierując się na parter. Otworzyła drzwi do piwnicy, zapaliła światło i ostrożnie zaczęła schodzić ze schodów. Przełknęła ślinę. Nigdy nie lubiła tu wchodzić. Nie żeby bała się ciemności. Schody były bowiem wąskie i strome. Kiedy była już w połowie schodów zgasło światło. Wendy się potknęła i sturlała na sam dół. - Moje kolana...czemu zawsze moje kolana – jęknęła wstając. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Światło jakie wpadało przez małe okienko oświetlało jej kolejną zgubę – książkę. Dziewczyna podeszła do niej i już chciała ją podnieść, gdy coś trzasnęło ja po palcach. Podniosła rękę i przyjrzała się przedmiotowi uczepionemu na jej dłoni.

- Imbecyl – powiedziała zdejmując pułapkę na myszy z dłoni. Chwyciła książkę i zaczęła wspinać się po schodach. Otworzyła drzwi i udała się w stronę przedpokoju. Kiedy już była w pomieszczeniu rozejrzała się. Z żyrandola zwisał jej czarny stanik. Położyła książkę na stole. Stanęła na taborecie, wyciągnęła ręce przed siebie, jednak nadal się nie dostawała do kawałka materiału. Z tego wszystkiego nie zobaczyła skradającego się za nią Kamila i w momencie kiedy podskoczyła, chłopak kopnął taboret. Dziewczyna z hukiem spadła na ziemię. Traf chciał, że całe zdarzenie widział pan McGardness, który właśnie wrócił z pracy.

- Wendy nic ci nie jest? – zapytał podbiegając do blondynki.

- Chyba, nie – jęknęła wstając z ziemi.

- Kamil masz zakaz oglądania telewizora przez dwa miesiące - powiedział chłodno Henry i spojrzał zatroskaną miną na córkę – Na pewno nic ci nie jest.

- Na pewno – mruknęła – Idę skończyć się pakować – powiedziała i poszła do swojego pokoju. Z dołu dobiegły ją jęki Kamila.

- Ale ja naprawdę nie chciałem. Tato sam widziałeś. Zachwiała się, chciałem ją łapać.

„ On mnie kiedyś zabije” – pomyślała blondynka podtaczając spodnie – „Znowu rozwalone kolana, super”. Wyjęła z bocznej kieszeni plecaka bandaż i wodę utlenioną i zaczęła opatrywać kolana. Po skończonej czynności zeszła do salonu gdzie nadal trwała zacięta rozmowa, a raczej kazanie jakie pan McGardness udzielał Kamilowi. Milena niestety nie broniła tym razem syna, ponieważ przetrząsała cały dom w poszukiwaniu swojej ulubionej bordowej spódnicy.

- Tato, powiedz mi, tak właściwie to dlaczego my się znowu przeprowadzamy?

- Eee...no więc...Milenie nie odpowiadali sąsiedzi. Podobno strasznie plotkowali na nasz temat.

- Tylko dlatego? – zdziwiła się dziewczyna. Miała dziwne uczucie, że ojciec coś kręci. Nie mówi całej prawdy, ale dlaczego?

- A mogę wiedzieć, gdzie będziemy mieszkać – zapytała siadając na fotelu naprzeciw ojca.

- Jedziemy do Darkvill, do dziadków – odpowiedział pan McGardness.

- Eee...do tych dziadków, u których nie byłam jeszcze nigdy?

- Tak, tych – odpowiedział sucho mężczyzna.

- To kiedy jedziemy?

- Zaraz po obiedzie...

- Obiadu nie będzie. Zrobiłam kanapki na drogę – odpowiedziała kobieta podając dla każdego papierową torebkę. Wendy bała się sprawdzać, jaką zawartość kryje jej torebka. Znając życie będzie to coś niejadalnego.

- A więc idę wyprowadzić samochód. Znoście bagaże do przedpokoju – powiedział i zniknął w drzwiach prowadzących do garażu. Piętnastolatka już, była na schodach kiedy usłyszała huk i krzyki ojca. Z powrotem zbiegła do salonu. W drzwiach stał pan McGardness cały umazany zieloną farbą.

- Kogo to robota? – zapytał ścierając farbę z twarzy. Milena i Kamil z minami niewiniątek wskazywali na Wendy.

- Wiem, że ci się tu spodobało, znalazłaś przyjaciół – tu dziewczyna prychnęła – zdążyłaś polubić to miejsce, ale czy nie uważasz, że to jest już przesada.

- Muszę cię zawieść to nie moja robota – spojrzała wzrokiem pełnym pogardy na brata. Pan McGardness przechwycił to spojrzenie.

- Kamil twój szlaban właśnie przedłużył się do trzech miesięcy. Niestety. Ja idę doprowadzić się do porządku, a wy idziecie pakować swoje rzeczy do samochodu. I jeszcze jedno. Jeśli w garażu są jeszcze jakieś niespodzianki to dla własnego dobra, radzę ci je rozbroić – spojrzał wymownie na Kamila i zniknął w łazience.

Wendy wepchnęła swoją walizkę i plecak do bagażnika i usiadła na fotelu w salonie. Oparła się o oparcie i wpatrywała w krajobraz za oknem.

- I co zadowolona z siebie? – usłyszała wściekły głos chłopaka. Przymknęła powieki i skupiła się na kroplach deszczu uderzających o szybę.

- Nawet nie wiesz jak bardzo – szepnęła i przysnęła. Obudził ją dopiero delikatne szturchanie i ciepły głos ojca. Chciała by ta chwila trwała wiecznie. Ten głos. Zupełnie, jak kiedyś. Otworzyła zaspane oczy i nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na ojca.

- Już? – zapytała wstając.

- Tak. Wszystko już chyba zabraliśmy – rozejrzał się po mieszkaniu – Wsiadaj do samochodu i jedziemy. Przed nami długa droga. Powinniśmy tam być jeszcze dziś wieczorem – Piętnastolatka posłusznie wykonała polecenie ojca. Otworzyła drzwi jeep’a i już zamierzała wsiąść, a tu niespodzianka. Kamil leżał rozwalony na tylnim siedzeniu i ani myślał się ruszyć.

- Nie budź Kamilka, tak ładnie śpi – usłyszała skrzekliwy głos macochy. Niezbyt się tym przejęła. Jedynie żałowała, że chłopak nie będzie mógł podziwiać swoich ulubionych szortów na maszcie anteny. A tak się starała. Chwyciła nogi chłopaka i brutalnie zrzuciła je z siedzenia. Kamil nawet nie drgnął. Nadal spał jak zabity. Zapięła pasy. I wpatrywała się w krajobraz za oknem. Z każdym kilometrem, krajobraz się zmieniał. Im byli bliżej swego celu, tym więcej lasów i drzew majaczyło za szybą. Powoli zaczęło się ściemniać. Deszcz nie ustawał, wręcz się nasilał. Niebo pokrywały czarne chmury. Wiał porywisty wiatr. Wendy błogosławiła w duchu wynalazcę samochodów. Z pewnością nie chciałaby być teraz na zewnątrz. O nie.

- Niedługo będziemy na miejscu – powiedział spokojnie pan McGardness. Z tonu jego głosu można było wywnioskować, że nie jest z tego szczególnie zadowolony. Wręcz przeciwnie. W końcu, kiedy za oknem było na tyle ciemno, że niemożliwa było zobaczenie czegokolwiek samochód zaczął zwalniać.

- To tu – powiedział pan Henry podenerwowanym głosem – Wendy obudź, brata. Dziewczyna na słowo „brat” się wzdrygnęła. Spojrzała na chłopaka. Od kilku godzin leżał w tej samej, niezmienionej pozycji. Blondynka szturchnęła kilka razy Kamila, jednak ten ani drgnął. Łaskotała go, biła, zatykała nos, wkładała papierki od kanapek do ust, ten jednak nadal spał. Albo był świetnym aktorem, albo miał kamienny sen. - Wendy pośpiesz się – ponaglała Milena, pudrując sobie nos. Wiedziała doskonale, że dziewczyna nie zdoła go obudzić. Jednak się myliła. Piętnastolatka nie widząc innego wyjścia, użyła ostatecznych środków. Pochyliła się nad ofiarą (losu) i krzyknęła:

- Kamil, bezbronny pierwszak na trzeciej – rezultat był natychmiastowy. Poderwał się z siedzenia i zaczął rozglądać.

- Gdzie? Gdzie? – krzyknął. Jednak kiedy zobaczył płaczącą ze śmiechu Wendy, opanował się.

- No cóż, zostawię to bez komentarza – spojrzał karcąco na córkę i syna – A teraz wysiadamy.

- Ależ Henryku, okropnie pada. Makijaż mi się zniszczy – oburzyła się Milena. Pan McGardness westchnął. Wyszedł z samochodu, zdjął płaszcz i okrył ją nim, by ta nie zmokła. Z blondynką nie było takich problemów. Dobrowolnie wyszła z auta i aż ją wmurowało. To przekraczało jej najśmielsze oczekiwania. Choć było ciemno i deszcz skutecznie uniemożliwiał widoczność, spostrzegła ona zarys budowli. Znajdowali się przed ogromnym zamkiem.

- Wendy, chodź tu, bo zmokniesz – na ziemie sprowadził ją głos ojca. Kiedy wszyscy stali już przed drzwiami wejściowymi pan McGerdness chwycił kołatkę i zastukał nią dwa razy. Niemal od razu pojawił się w nich starszy mężczyzna. Miał na oko sześćdziesiąt pięć lat. Był niemal identyczną kopią Henrego, tyle że starszą. Jego włosy były niemal białe. Jedynie gdzie niegdzie przeplatały się z szarymi pasmami. Wyglądał na miłego. Jego spojrzenie miało w sobie tyle ciepła i wyrozumiałości.

- Henry, tyle lat – spojrzał na mężczyznę i padli sobie w ramiona. Po chwili się opanował i odkleił od syna – Zapraszam do środka. Kolacja już czeka.

Wszyscy posłusznie szli za starszym mężczyzną. Wendy zachwycała się urokami zamczyska. Zawsze pociągały ja te klimaty. Zamczyska, średniowiecze. Wyobraźnia sama podsuwała najróżniejsze scenariusze. Szczególnie teraz, podczas ulewy wnętrze wyglądało tak mrocznie i tajemniczo. Każdy najmniejszy szmer przyprawiał o dreszcz. Źródłem światła były pochodnie, które przytrzymywały zbroje. Wyglądało to bardzo ciekawie. Co kilka metrów od siebie ustawione były zbroje. Każda wyposarzona była w miecz i pochodnie. Wyglądały one jakby czegoś strzegły i w każdej chwili mogły ożyć. Aż dreszcze przechodził po plecach. Nie tylko ona jednak czuła się tu dosyć dziwnie. Milena szła kurczowo trzymając się Henry’ego. Rozglądała się nerwowo jakby z zakrętem czekała na nią śmierć. Była roztrzęsiona. Nie mniej przerażony był Kamil. Spoglądał bojaźliwie na mury zamczyska. Piętnastolatka nie wytrzymała. Zaszła od tyłu Kamila.

- Bu! –szepnęła. Chłopak z krzykiem odskoczył. Przerażenie malowało się na jego twarzy. Dziewczyna zaśmiała się.

- Wendy! Nie strasz brata – skarcił ją ojciec. Milena wystraszona nie mniej niż Kamil wtuliła się w męża. Blondynce pod wpływem spojrzenia ojca mina zrzedła. Spojrzała na starszego mężczyznę. Uśmiechnął się do niej porozumiewawczo. Już wtedy młoda panna McGardness wiedziała, że przypadną sobie do gustu. Gospodarz odwrócił się i cierpliwie prowadził gości dalej. Dziewczyna dziwiła się jak, jeszcze nie zabłądził w tej plątaninie korytarzy. Jeśli ona ma tu mieszkać, będzie musiała poprosić o mapę. Nagle usłyszała za sobą ciche szepty.

- To oni – szepty brzmieniem przypominały powiew wiatru.

- Nie wytrzymają tu długo – dziewczyna nie czuła lęku. Sama się sobie dziwiła, jednak coś jej mówiło, że nie ma się czego bać. Spojrzała na Milene i Kamila. Zdawali się niczego nie słyszeć.

- On wytrzyma, ale reszta tej gromadki, małe szanse. Już ja się o to postaram – Wendy obróciła głowę i spojrzała w ciemność. Szepty ucichły. Nikogo nie ujrzała, choć bardzo wytężała wzrok. Dogoniła resztę. Nie chciała się zgubić. W końcu doszli do jadalni. Była to duża komnata. Ściany zdobiły piękne gobeliny. Posadzka wykonana z najdroższych marmurów błyszczała delikatnie. Tu w przeciwieństwie do korytarzy nie było pochodni. Nad długim stołem pełnym różnych pyszności wisiał piękny kryształowy żyrandol. Dopiero teraz piętnastolatka zauważyła, że nie są tu sami. Na końcu stołu siedziała smukła kobieta odziana w długą czarną suknię, która idealnie podkreślała jej walory. Starszy mężczyzna poprowadził gości do kobiety. Jej włosy przeplatały siwe pasma.

- Witaj synu – powiedziała oschle. Jej głos był stanowczy i władczy. Zlustrowała każdego z przybyłych karcącym wzrokiem. Kiedy patrzała na Wendy, jej wzrok zatrzymał się na jej oczach. Uniosła jedną brew po czym kontynuowała – Przedstaw mi swoją rodzinę. Chcę wiedzieć z kim będę mieszkać pod jednym dachem – uniosła dumnie głowę.

- A więc to jest Milena – moja żona, Kamil i Wendy.

- Wątpię, żeby Henry wam kiedykolwiek coś o nas wspominał – spojrzała z ironią na syna – Nazywam się Marietta McGardness. A to mój mąż Alucard McGardness. Chcę podkreślić, że nie toleruje spuźnialstwa, niekulturalnego zachowania. Zabrania się biegania po zamku, podnoszenia głosu oraz wychodzenia po zmroku. Mam nadzieję, że się zastosujecie do reguł. A teraz życzę smacznego. Wszyscy zabrali się do jedzenia, które było naprawdę wyborne. Co jakiś czas Marietta z odrazą spoglądała na Kamila. Drażnił ją nie tylko swoim głupkowatym wyglądem, ale i zachowaniem. Jednak starała się tego nie okazywać. Przyglądała się także Wendy, jej oczy ją intrygowały. Czuła, że nie jest to zwykła dziewczyna. Po kolacji, z której nikt nie miał prawa odejść zanim nie skończyli wszyscy, Alucard zaprowadził gości do ich nowych pokoi. Pokuj Wendy znajdował się na drugim piętrze. Dziewczyna była tym nieco zdziwiona, ponieważ wszyscy zamieszkiwali niższe partie zamku i była tu sama. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jednak wcale nie była tym faktem zmartwiona. Wręcz przeciwnie. Cieszyła się, że będzie miała ciszę i spokój. Doskonale wiedziała, że przynajmniej na początki Kamil prędzej zabłądzi niż tu trafi.

Starszy pan McGardness prowadził piętnastolatkę długimi korytarzami. W końcu zatrzymał się przed drzwiami jednej z komnat, otworzył delikatnie drzwi i zaprosił do środka wnuczkę.

- Dobranoc Wendy – powiedział ciepło.

- Dobranoc dziadku – odpowiedziała mężczyźnie, który zniknął za drzwiami. Dopiero teraz przyjrzała się pokojowi dokładniej. Był sporych rozmiarów. Na równoległej ścianie do drzwi znajdowało się wielkie okno, przysłonięte do połowy granatowymi zasłonami. Wszystkie meble wykonane były z dębowego drzewa. Wielkie łóżko z baldachimem ustawione było prostopadle do okna. Obok stało biurko z dwoma krzesłami. Naprzeciw stały szafa, biblioteczka i niewielka wisząca półeczka. Całe pomieszczenie było urządzone w tonacji granatu i błękitu. Dziewczyna cieszyła się w duchu, że nie ma tu ani jednej różowej rzeczy. Wręcz nie cierpiała tego koloru i wszystkiego co z nim związane. „Milena przeżyje szok” – zaśmiała się i rzuciła na łóżko. Niemal natychmiastowo zasnęła.

Wyrocznia (17:12)
5 których uwierzyło, że magia istnieje

04 marca 2006
1. Konfrontacja z Kamilem i jej skutki
<!-- DgoPrepare('WindowLoginForum', '<DIV style=\"width:470\"><SPAN class=\"v3b gr\">Zaloguj się</SPAN><BR><IMG src=0 width=10 height=10><BR><FORM target=\"loginframe\" name=\"f_login2\" style=\"display:inline\" method=post action=\"http://secure.onet.pl/forum/login.html\" onsubmit=\"if(document.f_login2.ssl.checked) document.f_login2.action=\'https://secure.onet.pl/index_extended.html\'\"><INPUT type=hidden name=url value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><INPUT type=hidden name=errurl value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/-1,log.html\"><INPUT type=hidden name=app_id value=70><INPUT type=hidden name=ok value=\"1\"><INPUT type=hidden name=r value=\"http://nature-power.blog.onet.pl/1,log.html\"><TABLE width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><TR valign=top align=left><TD><SPAN class=\"v6b gr\">E-mail</SPAN><BR><INPUT type=text class=\"v2\" id=\"e\" name=\"e\" maxlength=60 size=30 value=\"\"></TD><TD><SPAN class=\"v6b gr\">OnetHasło</SPAN><BR><INPUT type=password class=\"v2\" id=\"p\" name=\"p\" maxlength=60 size=30 autocomplete=off></TD></TR></TABLE><SPAN id=err_login2 style=\"display:none;\" class=\"err\"><img src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/alert.gif\"> Niepoprawne dane</SPAN><IMG src=0 width=10 height=10><BR><table width=\"100%\" border=0 cellpadding=0 cellspacing=0><tr><td background=\"_d/lay/kropkipoziom.gif\"><IMG src=0 width=1 height=1></td></tr></table><IMG src=0 width=10 height=10><BR><DIV align=center><input class=\"g_szary_c_80\" name=\"blogin\" onClick=\"DgoOFF(O(\'WindowLoginForum\'));\" value=\"&nbsp;&nbsp;Anuluj&nbsp;&nbsp;\" type=\"button\"> <INPUT type=submit class=\"g_zolty_c_80\" name=\"blogin\" value=\"&nbsp;&nbsp;OK&nbsp;&nbsp;\"></DIV><IMG src=0 width=14 height=14><BR><DIV align=center><SPAN class=\"v2b gr\">Objaśnienia&nbsp;</SPAN><A rel="nofollow" href=\"javascript:DgoTOG(WindowLoginForum);DgoON(WindowLoginInfo);\"><IMG src=\"http://blog.onet.pl/_d/ico/pytajnik.gif\" border=0></A><IMG src=0 width=3 height=3><BR><INPUT type=checkbox class=\"\" value=0 name=hssl ><SPAN class=\"v2\">Loguj się bezpiecznie</SPAN>&nbsp;&nbsp;<A rel="nofollow" href=\"http://secure.onet.pl/haslo.html\" class=\"v2\">Zapomniałem hasła</A></DIV></FORM></DIV><iframe onLoad=\"logUser();\" style=\"border: 0px solid #FFFFFF;\" border=\"0\" name=\"loginframe\" id=\"loginframe\" width=\"1\" height=\"1\"></iframe>', 0, 1, 1, '\"Anuluj\":\"none\"', 0) // End -->

Średniego wzrostu, szczupła dziewczyna wolnym krokiem przemierzała zatłoczone ulice Los Angeles. Jej długie jasne włosy rozwiewał wiatr. Błękitno-fioletowe oczy z zainteresowaniem obserwowały otoczenie. Ktoś pomyślałby – normalna nastolatka, ale czy na pewno? To właśnie oczy Wendy – bo tak nazywa się nasza główna bohaterka – były niezwykłe. Zawsze błękitne w dniu jej piętnastych urodzin zmieniły swą barwę na kolor obecny. Z początku, dziewczyna nie mogła się do tego przyzwyczaić, jednak do dziś – czyli dokładnie po upływie tygodnia od tego zdarzenia – zdążyła już przywyknąć do swojego nowego wyglądu. W duchu powtarzała sobie, że przynajmniej jakoś się wyróżnia spośród tłumu. Zamieszanie jakie panowało na ulicach miasta aniołów piętnastolatka porównała z życiem w mrowisku. Każdy człowiek gdzieś się śpieszył. Był zabiegany. Nie interesował go boży świat. Jednak blondynka nie śpieszyła się. Powrót do domu zaliczała do najprzyjemniejszej części dnia. Jej dom znajdujący się na obrzeżach miasta, był co prawda oddalony od szkoły o dobre sześć kilometrów, jednak jej to nie przeszkadzało. Nie lubiła tłuc się autobusami. Piesze wycieczki ją uspokajały i wyciszały. Była typem samotnika. Nie z własnej woli. Przybrany brat – Kamil – na każdym kroku starał się „umilić” jej życie. Niestety ze skutkiem. Zawieranie jakichkolwiek znajomości nie wchodziło w grę. Banda Kamila trzęsła całą szkołą. Wszyscy bali się choćby spojrzeć na młodą McGardness, nie mówiąc już o podejściu i wymianie kilku zdań. Mimo swojego odizolowania Wendy, wcale nie była zamknięta w sobie. W odpowiednich chwilach potrafiła powiedzieć co na dany temat sądzi. A takimi niezaprzeczalnie były konfrontacje z „bratem”. Lekki wiosenny wiaterek z każdą minutą zaczął przybierać na sile. Dotychczas bezchmurne niebo pokryły ciężkie deszczowe chmury. „ A zapowiadał się taki piękny dzień” – westchnęła blondynka przyśpieszając kroku. Do domu zostały jej jakieś dwa kilometry, kiedy pierwsze krople spadły na ziemię. „No to pięknie” – mruknęła do siebie i zaczęła biec na najbliższy przystanek. Nie żeby dziewczyna nie lubiła deszczu. Wręcz przeciwnie. Kochała naturę i wszystko co z nią związane, jednak perspektywa przemoknięcia w tak chłodny dzień, jakim niezaprzeczalnie był dzisiejszy dzień, nie napawał ją optymizmem. Nie chciała zachorować. Tym bardziej, że jest dopiero luty, a ona w ciągu tygodnia musi zaliczyć wszystkie przedmioty, ponieważ jej ojcu znowu zachciało się przeprowadzki. Zdyszana dobiegła do przystanku. Stanęła pod daszkiem, już miała usiąść i poczekać, aż deszcz przestanie padać, kiedy zauważyła, że nie jest tu sama.

- O nie – jęknęła widząc na przystanku wysokiego chłopaka słusznej postawy o brązowych oczach. Ciemne włosy opadały mu na twarz. Za nim stało jego dwóch nieodłącznych kompanów.

- Powiedz mi siostra. Jak ty to robisz, że zawsze wychodzisz ostatnia, wleczesz się przez miasto jak ostatnia pokraka, a mimo to zawsze jesteś w domu przede mną – zapytał Kamil przesłodzonym głosem, puszczając cichy jęk dziewczyny mimo uszu.

- Może dlatego, że autobus ledwo się toczy, wioząc taką kupę słoniny jak ty – odpowiedziała ironicznie. Dwóch chłopaków stojących za Kamilem parsknęła, jednak widząc ostrzegawcze spojrzenie kumpla spoważnieli.

- Jakaś ty dowcipna. Ha ha ha – zakpił siadając z powrotem na ławeczce. Ta zatrzeszczała i ugięła się lekko pod ciężarem jego ciała.

- Lepiej nie siadaj na tej ławce. Może tego nie wytrzymać. Pamiętasz co się stało z ławką w naszym ogrodzie. Do tej pory jest w dwóch częściach – uśmiechnęła się mściwie.

- Lepiej nie pyskuj. Nie chcesz chyba, żebym cię uszkodził – wysyczał czerwienią się na twarzy.

- Już się boję – odpowiedziała przedrzeźniając jego głos. Chłopak nie wytrzymał. Wziął zamach z zamiarem uderzenia dziewczyny. Ta jednak spodziewając się takiego obrotu sprawy schyliła się i pięść Kamila trafiła w metalowe rusztowanie budki. Chłopak przeklną głośno i złapał się za obolałą dłoń. - Coś jeszcze braciszku – powiedziała wstając.

- Łapać ją. Nie ujdzie ci to na sucho – krzyknął wściekły.

- Zapewne. Strasznie pada! - zerwała się z miejsca i nim ręce kumpli jej brata ją dosięgły, zwiała. Słyszała za sobą ich ciężkie kroki. Nie odpuszczali. Wiedziała, że ma nad nimi przewagę. Jest lżejsza i nie zmęczy się tak szybko w przeciwieństwie do trójki jej prześladowców. Pewna swojego zwycięstwa popełniła jeden zasadniczy błąd – obróciła się. Poślizgnęła się na śliskim chodniku i wyłożyła jak długa. Już wstawał kiedy poczuła jak czyjaś silna dłoń wykręca jej ręce do tyłu. Jęknęła. Nie trudno było się domyślić kto stał za nią.

- Zostaw mnie, ty przerośnięty prosiaku – krzyknęła, oceniając sytuacje – „ Jestem cała mokra. Jest mi zimno. Mam rozwalone dwa kolana. Znikąd ratunku. Zaraz ukręcą mi ręce – jest źle. Co ja mówię, jest beznadziejnie”.

- Zaraz inaczej zaśpiewasz – warknął.

- Ciekawe – zaśmiała się głośno – Rączka cię już nie boli?

- Chłopcy macie jeszcze ten sznurek?

- Co?

- No chyba nie myślałaś, że cię puścimy – powiedział z wyższością.

- Tak myślałam – powiedziała przełykając ślinę i z przerażeniem spojrzała na sznurek trzymany w dłoniach Johna – jednego z goryli Kamila.

- Ze mną się nie zadziera – warknął – Chłopaki myślę, że tamten słup będzie odpowiedni – wskazał lewą ręką na przydrożną latarnie. Dopiero teraz Wendy zauważyła, że prawa dłoń Kamila jest sina. „Będą kłopoty”- pomyślała.

- Nie zrobisz tego – zaczęła się wyrywać. Jednak uścisk na jej ramionach nie poluźnił się.

- Chcesz się założyć?

- No dobra, powiem inaczej. Tylko spróbuj coś mi zrobić a wyjawię twój największy sekret – wyszczerzyła się sprytnie.

- Nie zrobisz tego.

- Chcesz się założyć – uśmiechnęła się zadowolona z takiego obrotu sprawy.

- Chłopaki zostawcie ją. Rozprawie się z nią w domu – chłopcy posłusznie wykonali polecenie. Niechętnie puścili blondynkę. Dziewczyny spojrzała na nich z nieukrywaną kpiną.

- No to ciao, chłopcy – odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu. Na miejscu była po piętnastu minutach. Chciała wejść do domu niepostrzeżenie. By nie wszczynać kolejnej awantury, które są w jej rodzinie na porządku dziennym. Jednak, gdy tylko otworzyła drzwi przywitał ją skrzek jej macochy.

- Gdzie się włóczyłaś dzieciaku? - Jak co dzień wracałam ze szkoły, a że zaczął padać deszcz musiałam gdzieś się przed nim schować – odpowiedziała w miarę spokojnie blondynka. Przymknęła powieki. Policzyła od jednego do dziesięciu i przeszła obok macochy, kierując się w stronę schodów.

- Jeszcze z tobą nie skończyłam smarkulo – warknęła kobieta i złapała Wendy za rękę, by ta nie mogła jej uciec.

- Słucham – wycedziła piętnastolatka starając się opanować. Wyrwała dłoń z uścisku i spiorunowała wzrokiem opiekunkę.

- Mileno? Co tam się dzieje? – dało się słyszeć głos z przedpokoju. Do sieni wszedł wysoki mężczyzna. Nie miał więcej niż czterdzieści lat. Był zadziwiająco podobny do Wendy. Jedynie oczy miał brązowe. Spojrzał na żonę i córkę

– Wendy, jesteś cała mokra. Idź się przebierz, a potem zejdź na obiad – powiedział spokojnie.

- Chyba nie zamierzasz tak tego zostawić – wtrąciła się Milena, robiąc oburzoną minę.

- Coś się znowu stało? – westchnął.

- Wendy znowu się spóźniła, a do tego jeszcze strasznie tu nabrudziła. Nie po to sprzątałam dziś cały dzień, by ta bezczelna dziewczyna psuła moja pracę. O nie! – podniosła dumnie głowę i spojrzała na męża.

- I tylko to ma być pretekstem do kolejnej kłótni? – spojrzał na nią chłodno.

- Tylko. Ty to nazywasz, tylko. Nie po to harowałam ...

- Dosyć. Wendy idź się przebrać. Nie chce byś się rozchorowała. Mileno musimy chyba porozmawiać – powiedział ostro pan McGardness. Wendy spojrzała z tryumfem na macochę i już stała na pierwszym schodku, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Blondynka doskonale wiedziała, kto wrócił. „Będą kłopoty” – pomyślała i chciała zmyć się do swojego pokoju, jednak Kamil przewidział, co zamierza zrobić i na wstępie zawołał:

- Ałaaa...Moja ręka. Ona mi złamała rękę – wskazał w kierunku piętnastolatki.

- O żesz – mruknęła zainteresowana.

- Ona chciała zabić mojego synka. Henryku! Nic nie zrobisz? – powiedziała bliska płaczu Milena.

- Pokaż rękę – poprosił pan McGardness. Kamil posłusznie wyciągnął obolałą rękę przed siebie – Nie wygląda to ciekawie. Ma złamany nadgarstek. Będzie trzeba założyć gips – powiedział chłodno i spojrzał przenikliwym wzrokiem na córkę.

- Chyba tego tak nie zostawisz. Jej należy się kara. Ona skrzywdziła mojego synka – biadoliła kobieta – Bardzo cię boli, Kamilku.

- Zaraz mi dłoń odpadnie – jęknął – A wszystko przez nią.

- To nie ja chciałam się pięścią walnąć w twarz, więc odpuść sobie – krzyknęła blondynka schodząc ze schodów. Wiedziała doskonale co ją teraz czeka. Zawsze tak było. Nie ważne co się stanie, to Kamil zawsze będzie ten niewinny i na nią spadnie wszelka odpowiedzialność. Jednak zawsze warto się bronić.

- Było się nie zaczynać – warknął i staną naprzeciwko niej.

- I kto to mówi...A psik – kichnęła. Przeszedł ja dreszcz. Chciała kontynuować dalej, jednak powstrzymał ją ojciec.

- Dosyć! – krzyknął – Milena i Kamil do samochodu. Jedziemy do szpitala. Wendy do pokoju. Przebierz się. Porozmawiamy po powrocie - Warto wspomnieć, że pan Henry był bardzo spokojnym człowiekiem i rzadko krzyczał. Był z zawodu lekarzem i opanowanie było mu w pracy bardzo przydatne. Musiało go coś naprawdę zdenerwować by podniósł głos. Tak się i stało tym razem. Piętnastolatka posłusznie poczłapała do swojego pokoju. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, do jej uszu doszedł odgłos silnika. Wyjrzała przez okno. Kamil z miną męczennika wsiadł do samochodu. „Dobrze mu tak” – uśmiechnęła się do siebie. Doskonale wiedziała, jak Kamil boi się szpitali. Kiedy czarny jeep zniknął w pola widzenia, dziewczyna wzięła ubrania na zmianę i udała się do łazienki. Odkręciła kurek z ciepłą wodą i spojrzała w lustro. Spoglądała na nią blondynka o błękitno-fioletowych oczach. Mokre włosy opadały na twarzy. W oczach malował się smutek i samotność. Tak bardzo chciałaby mieć przyjaciela. Kiedy wanna była już wypełniona, dziewczyna pozbyła się mokrych ubrań i weszła do rozkosznie gorącej wody. Przeszedł ja dreszcz. „Tylko, żeby się nie rozchorować. Przecież muszę po zaliczać jeszcze kilka przedmiotów” – myślała. Kiedy tak leżała i delektowała się błogosławieństwem natury, jakim była woda, przypomniały jej się dawne czasy. Jak przez mgłę pamięta swoją prawdziwą mamę. Nie jakąś wredną macochę. Jej jedyną mamę, której nic nie zastąpi. Państwo McGardness przechadzali się przez zielone ścieżki parku. Wiosna była wymarzoną porą na długie spacery. Natura budziła się do życia. Wszystko ożywało na nowo. Ptaki wesoło świergoliły. Delikatne promienie słońca przedzierały się, przez puszyste chmury. Pani McGardness łakomie obserwowała swymi błękitnymi oczami otaczającą ją zieleń. Jej długie jasne włosy rozwiewał figlarny wietrzyk. Przed nimi biegała mała dziewczynka, próbująca złapać motyla.

- Wendy, zwolnij – powiedziała kobieta dźwięcznym głosem, jakby przewidując co się zaraz stanie. Blondynka zaczepiła się o kamień i upadła, rozbijając sobie małe kolanka. Wstała popatrzyła na swoje nóżki i powiedziała.

- Kuka – wbrew przypuszczeniom rodziców, nie płakała. Choć miała zaledwie pięć lat była dzielna. - Daj nóżkę, tatuś pocałuje. Nie będzie bolało – dziewczynka na początku się skrzywiła, jednak kiedy pan McGardness pocałował nóżkę dziewczynki, ta roześmiała się perliście.

Tylko tyle pamiętała ze swego dzieciństwa. Pojedyncza łza spłynęła po jej delikatnym policzku. Tak wiele by dała, by to wszystko wróciło. Dni kiedy byli we trojkę szczęśliwi. Jednak to już nie wróci. Przed oczami jej stanęła jak traktowała ją Milena. Wszystkie upokorzenia ze strony jej bezczelnego synalka, który budową bardziej przypomina prosiaka niż człowieka. W jednej chwili zapałała do nich nienawiścią. Nienawidziła ich od kąd po raz pierwszy ich ujrzała. Wiedziała, że nie są oni dobrymi ludźmi. Blondynka wyszła z wody i owinęła się ręcznikiem. Spojrzała w lustro. To co zobaczyła niemal zwaliło ją z nóg. Jej oczy. Przyjrzała się im dokładniej. W jej błękitno-fioletowych tęczówkach odbijały się płomienie. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdzie nie było ognia. Ponownie spojrzała w lustro. W jej tęczówkach nadal tańczyły błękitno-fioletowe płomienie. Zdenerwowana zamknęła oczy. Wzięła głęboki wdech i wydech. „Spokojnie Wendy. Musiało ci się przewidzieć” – powiedziała. Spojrzała przed siebie. Z lustrzanej powierzchni przyglądała jej się przestraszona dziewczyna. Tym razem w jej wyglądzie nie było niczego dziwnego. Odetchnęła z ulgą. Pośpiesznie się wysuszyła, przebrała i poszła do pokoju. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Czegoś jej brakowało. „Gdzie ja mam dziś głowę – plecak” – powiedziała i ruszyła w stronę przedpokoju. Po minucie była z powrotem. Usiadła przed biurkiem i zaczęła odrabiać lekcje. Pierwszym zeszytem wyciągniętym w plecaka okazała się geografia. Piętnastolatka otworzyła zeszyt i przeczytała na głos:

- 1) Wyjaśnij pojęcia: galaktyka, asteroida, meteor, meteoryt, kometa, gwiazda, planeta, 2) W jakiej galaktyce znajduje się Ziemia? 3) Wymień planety Układu Słonecznego, uwzględniając przy tym: - ich wielkość, - ilość księżyców, - występowanie pierścieni, - odległość od Ziemi - kolejność.

- Łatwizna – uśmiechnęła się pod nosem – Wystarczy jedna encyklopedia - Wstała i podeszła do regału z książkami. Przejechała palcem po okładkach. Nagle poczuła lekki zawrót głowy. Jedną ręko podparła się regału, drugą zaś przyłożyła do czoła

– Będę chora – szepnęła. Zawrót głowy tak szybko jak się pojawił, zniknął. Dziewczyna miała wielka ochotę wziąć jedną z książek poświęconych fantastyce, jednak opamiętała się i wzięła encyklopedie. Od kąd Wendy pamięta zawsze interesowały ją różne legendy, mity, książki o wróżkach, czarownicach, baśniowych stworzeniach. Jej matka zasiała u niej tą pasje. I tak pozostało do dziś. Można śmiało przyznać, że blondynka miała swój własny świat. Mogła godzinami przyglądać się otoczeniu i insynuować jak by wyglądał świat, gdyby magia istniała. Półgodziny później skończyła odrabiać lekcje. Już chciała zatopić się w lekturę poświęconą mitycznym stworzeniom gdy usłyszała znajomy odgłos silnika. „ Niedobrze” – pomyślała dziewczyna i przełknęła ślinę. Na dole usłyszała znajome trzask drzwi.

- Wendy! Zejdź! Musimy porozmawiać! – usłyszała zimny głos ojca. Barwa głosu pana McGardness’a nie wróżyła nić dobrego. Zrezygnowana odłożyła książkę na półkę i posłusznie zeszła do salonu, gdzie czekała na nią już cała rodzina.

- Dlaczego to zrobiłaś? – rozpoczął rozmowę mężczyzna.

- Dlaczego zrobiłam co? – dziewczyna usiadła na oparciu fotela i spojrzała nienawistnym spojrzeniem na Kamila. Doskonale wiedziała, że przedstawił swoją wersję wydarzeń, której teraz będą się trzymać.

- Jak śmiesz? Nie dosyć, że mało nie pozbawiła Kamilka ręki, to jeszcze udaje słodką idiotkę! – krzyknęła Milena głaszcząc poszkodowanego po policzku.

- Spokojnie Mileno. Zaraz się wszystko wyjaśni. Prawda Wendy? – spojrzał na nią pustym wzrokiem.

- Tak, tato – powiedziała potulnie, spuszczając wzrok.

- A więc dlaczego wysiadając z autobusu popchnęłaś Kamila? Słucham.

- Co zrobiłam? – spojrzała z żądzą mordu w oczach na „braciszka” – Przecież ja nie jeżdżę autobusami. I to on chciał mnie z kolegami zlać, nie ja jego – krzyknęła oburzona.

- Chociaż, miej odwagę się przyznać... – powiedział płaczliwym głosem Kamil.

- Do niczego się nie będę przyznawać, tym bardziej, że to wszystko nie prawda. A nawet jakbym popchnęła Kamila, to nie mam takiej siły, by ta kupa salcesonu się przewróciła – wykrzyczała dziewczyna. Siedemnastolatek z tryumfem obserwował dalszy rozwój sytuacji. Jak na razie wszystko szło po jego myśli. Niedługo smarkata otrzyma karę.

- Jak śmiesz tak nazywać mojego synka. Ty, ty mała wywłoko – podeszła do piętnastolatki cała dygocząc ze wściekłości.

- Wendy, przesadziłaś... – usłyszała karcący głos pana McGardness’a. Cofnęła się krok do tyłu. Spojrzała z niedowierzaniem na ojca.

- Może i przesadziłam, jednak nieważne co zrobię to zawsze wszystko jest źle. Jakby to on mi przetrącił twarz, nie miałby żadnej kary. Byłaby to wyłącznie moja wina. Zrobiłam unik, też jest źle. Nie ma sprawy. Następnym razem jak ktoś będzie chciał mnie uderzyć, nawet się nie ruszę – krzyknęła w kierunku ojca i wybiegła z salonu, ku sprzeciwowi i ogólnemu niezadowoleniu Mileny. Kamil pogratulował sobie kolejnej udanej akcji. Był nieco zawiedzony, że smarkata nie otrzymała żadnej kary, jednak jak nie dziś to następnym razem. Pan McGardness w duchu przyznał rację córce. Kamil zawsze był oczkiem w głowie Mileny. I doskonale znał stosunek żony do Wendy. Już chciał pójść za piętnastolatką, kiedy zatrzymał go głos Mileny:

- Zostaw ją. Lepiej pomyśl nad odpowiednią karą dla niej, za dzisiejszy wybryk – powiedziała surowo spoglądając w kierunku schodów. Pan Henry w końcu dał za wygraną i zaprzestał dążenia do rozmowy z córką.

Wendy wbiegła do pokoju. Trzasnęła drzwiami i rzuciła się na łóżko. Wtuliła się w poduszkę. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.

- Mamo, tak bardzo mi ciebie brakuje – szepnęła i zamknęła oczy. Znów ją widziała. Roześmianą, ciekawą świata, troskliwą, kochaną. Otarła samotną łzę i usiadła na parapecie. W ciszy wpatrywała się w stalowo-szare niebo. Tak zasnęła.

wysnuffac : :